O współczesnych formach promocji filmów…

Kategoria: Opracowania

Scenka rodzajowa: południe Anglii (chociaż to akurat mało istotne, równie dobrze mogłoby to mieć miejsce w Berlinie czy w Raciborzu), jeden z wielu seansów filmu „Mroczny rycerz”, pełna sala, jednym z widzów jestem ja. Rozpoczyna się od świetnej sceny napadu na bank. Wszystko super, realizacja bez zarzutu, ale zaraz, zaraz, ja to przecież skądś znam… No tak, przecież już miesiące temu można było tę sekwencję zobaczyć na youtubie za sprawą kontrolowanego „przecieku” z wytwórni. I chociaż byłem na tyle rozsądny, by nie oglądać, jednak nie wystrzegłem się już przeczytania komentarzy na forach filmowych, które mimowolnie zdradziły mi pewne istotne momenty w tej scenie. No, ale dobra, prezentacja pierwszych minut filmu to zabieg dość powszechny ostatnimi czasy. Kto chce, ten ogląda, kto nie chce – nie ogląda, ale jeżeli buszuje w zasobach internetu i tak się pewnie co nieco dowie. Tylko dlaczego później przez prawie połowę filmu czułem się jak turysta odhaczający kolejne punkty wycieczki. „Ok., ok., a więc to prowadzi do sceny spotkania Jokera z mafią… A ta rozmowa to wstęp przed wyprawą do Hong Kongu i szybowaniem nad miastem… A to…” i tak przez cały czas. Praktycznie cała pierwsza połowa filmu to zaliczanie kolejnych motywów znanych ze zwiastunów i spotów telewizyjnych. Co gorsza, mając w pamięci pewną scenę z trailera, można było przewidzieć oszustwo kryjące się za zgonem jednej z głównych postaci.

Mroczny rycerz Mroczny rycerz

Scenka druga: jadę samochodem krewnego, włączone radio, pojawia się reklama filmu „Wall-E”, zakończona charakterystycznym dźwiękiem bohatera animacji. Mam ochotę wyskoczyć z samochodu. Sytuacji nie poprawia fakt, iż po zwróceniu uwagi na mijany budynek dostrzegam przeogromną reklamę rzeczonej produkcji. Skąd taka niechęć do bohatera? Czy może nienawidzę animacji studia Pixar? Otóż nie, od pierwszego teasera pokochałem małego robocika, tyle tylko, że z czasem zamieniło się to w niechęć. Twórcom udała się ta sztuka w prosty sposób – poprzez zasypanie odbiorców przeogromną ilością filmów promocyjnych. Zwiastuny, materiały zza kulis, krótkie scenki z przeuroczym Wall-E nieporadnie postępującym z przedmiotami codziennego użytku i różnymi zabawkami. I nagle, po kolejnym takim filmiku zdałem sobie sprawę, że już nie mogę patrzeć na tego małego skubańca, ani słuchać jego elektronicznego głosu. I chociaż jeszcze w maju byłem gotów pójść do kina po raz pierwszy od nie pamiętam jak dawna na animację komputerową, tak już w lipcu na samą myśl o tym przechodziły mnie dreszcze.

Wall-E Wall-E

Coś tu jest zdecydowanie nie tak, dwie najgorętsze premiery tego lata, przepotężne kampanie reklamowe, a w efekcie poważny zgrzyt u potencjalnego odbiorcy (czyli u mnie). Zgrzyt przede wszystkim w przypadku filmu „Wall-E”, którego promocja siłą rzeczy musiała koncentrować się na tytułowym bohaterze, tym samym zohydzając widowni jego postać. Osoby odpowiedzialne za marketing „Mrocznego rycerza” miały to szczęście, że mogły prowadzić akcję reklamową na wielu polach (fikcyjna kampania polityczna Harveya Denta, zmyślone newsy informacyjne, pudełka z gothamowską pizzą, anarchistyczne happeningi Jokera, itd.), przez co nie wywołali znużenia tytułem ani głównym bohaterem. Powiem więcej, to była jedna z najlepszych i najciekawszych kampanii, z jakimi się spotkałem. Tyle tylko, że jej efektem ubocznym była niepotrzebna znajomość fabuły filmu…

A wszystkiemu winien ten zły i okropny internet. Do końca XX wieku możliwości promocyjne filmów były mocno ograniczone. Żywot fana oczekującego na premierę jakiejś głośnej produkcji okazywał się momentami uciążliwy. Polowało się na najdrobniejsze wzmianki w prasie drukowanej i biegało do kina na mierne filmy tylko dlatego, że wyświetlano przed nimi zwiastun, dajmy na to, „Mrocznego widma” (do legend – i za takie pewnie należy je uważać – przeszły opowieści o tym, jak to ludzie masowo wychodzili z kina zaraz po obejrzeniu trailera). A dzisiaj? Ściągamy sobie zapowiedzi z sieci, nierzadko są to zwiastuny jeszcze lepszej jakości, niż ta wyświetlana w kinach i oglądamy je do woli, kiedy tylko nam się zachce („Pan życzy sobie zwiastun „Mrocznego rycerza” przed snem? Proszę bardzo”). Nie wspominając już o tym, że w naszym kraju często wyświetlane są one w kinach długo po tym, jak pierwszy raz odpaliliśmy je na ekranach naszych komputerów. Niesie to jednak ze sobą poważne minusy…

Mroczny rycerz Wall-E

Kiedyś, za sprawą ograniczonego dostępu do zapowiedzi filmowych, nie uczyliśmy się ich na pamięć, jak ma to miejsce obecnie. Wszakże ilu z nas ma wystarczająco dużo silnej woli, żeby nie zaspokajać potrzeby częstego kontaktu z jakimś wyjątkowo obiecującym zwiastunem? No dobra, przyznaję, całkiem spora rzesza osób nie ma takiej potrzeby. Tacy szczęśliwcy oglądają dany trailer, mówią sobie, że fajny i zapisują w pamięci informację: „pójść na to do kina po premierze / ściągnąć z torrenta”. Ale nieszczęśni maniacy oglądają je niezliczoną ilość razy, niektórzy wręcz na stopklatce, wynajdując jednosekundowe urywki zdradzające im elementy fabuły. Z tą wiedzą niezwłocznie pędzą na fora filmowe, żeby poinformować innych podobnych im nieszczęśników (zarówno tych podobnie jak oni przeczesujących dokładnie zaprezentowany materiał, jak i bardziej leniwych, korzystających jedynie z pracy tych pierwszych) o swym odkryciu. I tym sposobem wszyscy wpadamy w sidła zastawiane przed producentów. Opierając się na szczątkowym materiale dyskutujemy, kłócimy się i spekulujemy na miesiące przed premierą kinową. Tym sposobem zainteresowanie filmem stale się utrzymuje, gości on w rozmowach na forach tematycznych, przy okazji zwracając uwagę osób odpowiedzialnych za treści prezentowane w tradycyjnych mediach oraz wielkich portalach internetowych, w których to jeszcze raz przetwarza się esencję spekulacji na temat danego tytułu. I tak jest nakręcany cały interes wokół filmu…

Wychodzi więc na to, że przekleństwo zbytniej wiedzy o danym filmie jest pułapką, w którą nadmierni entuzjaści kina wpadają na własne życzenie? Najwyraźniej tak. Czy można to zmienić? W interesie producentów leży utrzymanie zainteresowanie tytułem, a że w efekcie jakiś tam procent odbiorców z własnej winy za wiele się o nim dowie, to już nie ich problem. A więc wypadałoby po prostu ćwiczyć silną wolę, nie przeczesywać sieci w poszukiwaniu informacji o powstającym filmie / ograniczać oglądanie materiałów promocyjnych / nie wdawać się w dyskusje i lekturę poświęconych im wątków na forach filmowych. Tylko – czy jesteśmy w stanie narzucić sobie taką dyscyplinę? No właśnie…

Skomentuj (Ustaw swój awatar)