Brigitte Bardot… Co dla nas obecnie oznacza to nazwisko? Jakie skojarzenia wywołuje? I czy w ogóle z czymś się kojarzy? Bohaterka zbiorowej fascynacji naszych rodziców, a może nawet i dziadków, jeden z symboli rewolucji seksualnej w kinie, zdeklarowana wojowniczka o prawa zwierząt, a do tego osoba kapryśna i zepsuta… Takie są najczęstsze asocjacje związane z tą aktorką i utrwalone w świadomości ludzi już od dekad. Ile jednak jest w nich prawdy? Jaką osobą jest tak naprawdę kobieta, wokół której narosło już tyle mitów? Żeby podjąć się próby dokonania sprawiedliwego osądu, warto byłoby zapoznać się z argumentami obu stron. Te negatywne, kierowane z bezpiecznego azylu pokoi domowych i redakcyjnych pomieszczeń, znamy już od lat, myślę więc, że warto posłuchać, co ma do powiedzenia sama zainteresowana. Tym bardziej, że przed dziesięciu laty pojawiła się ku temu okazja, czyli polskie wydanie autobiografii spisanej przez samą Bardot (co wcale takie oczywiste nie jest, zważając na dosyć powszechne korzystanie przy takich publikacjach z pomocy tzw. „ghost writerów”). Książka to dosyć gruba, ale nie powinno to dziwić, gdyż Francuzka rozlicza się w niej z całym okresem kariery aktorskiej.
Brigitte Bardot zadziwiająco dobrze pamięta najdrobniejsze szczegóły wydarzeń z dzieciństwa. Zakładając, że nie popuszcza wodzy fantazji, by załatać luki w pamięci, na pewno należy wyrazić uznanie dla wiekowej już aktorki. Osoby mocno wysilające szare komórki, by przypomnieć sobie po latach nazwiska kolegów ze szkolnej ławy, może to przyprawić o kompleksy. Opowieść rozpoczyna się dosłownie od samego początku, to znaczy od momentu narodzin. Mamy więc możliwość dowiedzenia się – zakładając rzecz jasna, że wierzymy jej słowom – jaka była jako dziecko, z czym się borykała, co jej przeszkadzało. Już po pierwszych stronach przekonujemy się również o tym, że nie zostaną nam oszczędzone liczne komentarze, dotyczące stosunku do zwierząt. O ile na początku czytelnik wzrusza jedynie ramionami, stosując nawias tolerancji, którą trzeba zachować, zważając na jej zamiłowanie do zwierzaków, wraz z dalszym zanurzaniem się w lekturze, staje się to coraz bardziej męczące i drażniące. Przez cały czas pani Bardot w mniej lub bardziej nachalny sposób poddaje nas indoktrynacji. I bynajmniej nie ogranicza się jedynie do przemyśleń dotyczących praw zwierząt. Wielokrotnie pozwala sobie również na dygresje dotyczące problemów politycznych i społecznych, w których daje się poznać jako osoba o poglądach ocierających się o rasizm i homofobię.
Nie mniej uciążliwe stają się nieustanne narzekania gwiazdy na jej ciężki żywot bożyszcza tłumów oraz natarczywość i niesprawiedliwość prasy. Nie przeczę, wielokrotnie nie można jej w tej kwestii odmówić racji. Niewątpliwie sam odczuwałbym dyskomfort z powodu ograniczeń spowodowanych nadmiernym zainteresowaniem fotoreporterów, nierzadko po trupach dążących do zdobycia „niepowtarzalnych” zdjęć gwiazdy. Nie da się jednak ukryć, że w wypowiedziach aktorki zauważalny jest zupełny brak dystansu do swojej osoby. Widoczne jest, że B.B. zbyt serio podchodziła do wizerunku, który usiłowała wykreować w mediach, co jednak nieustannie niweczono przez rozsiewanie nierzadko prawdziwych plotek na temat słynnej Francuzki. Swymi słowami paradoksalnie i nieświadomie kreuje obraz osoby pełnej sprzeczności, niekonsekwentnej w poglądach, nierzadko po prostu okłamującej samą siebie. Wiele razy narzeka chociażby na zbyt wyszukane pokoje hotelowe oferowane jej w kontraktach, kpi sobie z ich elegancji i klasy. Można by pomyśleć, że to swojska kobieta, której zupełnie nie przewróciło się w głowie. Nic bardziej mylnego. Iluzja pryska z prędkością światła – wystarczy, że los rzuci ją w miejsce pozbawione komfortu, do którego zdążyła przywyknąć, żeby pokazała charakterek, urządzając karczemne awantury i odstawiając pokazowe pakowanie manatków.
Brigitte, spisując swoje wspomnienia i przemyślenia, strzeliła sobie klasycznego samobója. W oparciu o autobiografię nie sposób nie wysnuć wniosków, że ma się do czynienia z osobą niezwykle kapryśną. Biednej aktorce nie przyszło zapewne na myśl, że swoją pisaniną jeszcze mocniej uwypukli tę wadę charakteru, śmiesząc dodatkowo czytelnika świętym oburzeniem, jakie przejawia względem osób zwracających jej na to uwagę. Drugim efektem ubocznym, jakiego zapewne nie przewidziała, zabierając się za spisywanie wspomnień, było udokumentowanie istnienia innej paskudnej cechy charakteru – okrutnej modliszkowatości względem panów. To na swój sposób zabawne, że irytowały ją oskarżenia o zabawianie się mężczyznami i traktowanie ich podmiotowo, a jednocześnie złożyła w książce liczne dowody swych zdrad i haniebnego traktowania partnerów.
Mężczyźni w życiu Bardot to w ogóle temat zasługujący na osobny akapit. Obok miłości do zwierząt jest to zdecydowanie drugi motyw przewodni książki. Na przykładzie relacji B.B. z płcią przeciwną dobitnie uwydatniała się jej kapryśność i niezdecydowanie. Przez całe jej życie przewijał się schemat wielkiej, szalonej miłości. To krótkotrwałe, ale niezwykle intensywne uczucie nieodmiennie szybko wygasało i odchodziło w niepamięć w momencie poznania następnej „życiowej miłości”. Żeby było ciekawiej, nigdy nie powodowało to zerwania z poprzednim partnerem, ponieważ biedna gwiazda nie mogła się zdecydować, którego kochanka woli. Na szczęście przynajmniej facetów dobierała sobie na tyle rozsądnych, że w chwili gdy prawda wychodziła na jaw, z miejsca rezygnowali oni z dalszej znajomości, tym samym nie pozwalając jej na podszkolenie się w trudnej sztuce wyboru. Oczywiście nie muszę już chyba dodawać, że wtedy okazywało się, że to jednak tego zdradzanego „bardziej kochała”, a „nowy nabytek” stawał się nagle odstręczająco nieciekawy i wybrakowany w porównaniu z tym poprzednim, co powodowało ucieczkę w ramiona następnego. I tak przez całe życie truchcikiem w błędnym kole… Jak widać, najdojrzalszą pod słońcem kobietą Brigitte zdecydowanie nie była.
A jednak trzeba jej uczciwie oddać to, że pomimo swych niewątpliwych wad, takich jak kapryśność, protekcjonalne traktowanie innych oraz bezpardonowość wobec zakochanych w niej mężczyzn, jednocześnie była oddana i wierna osobom najbliższym sercu. Do końca życia opiekowała się chociażby ważnymi dla niej kobietami (nianie, opiekunki, krewne), pilnowała, żeby dożywały kresu swoich dni w przyzwoitych warunkach i nie szczędziła na to środków. Bardot nie jest osobą złą do szpiku kości, jest po prostu egoistką o cholernie trudnym charakterze, wystawiającą cierpliwość swoich bliskich na ciężkie próby. Ale niewątpliwie przyjaciele zawsze mogli na niej polegać, no chyba, że akurat była bardzo zmęczona, bądź sfrustrowana nieprzychylnymi opiniami w prasie dotyczącymi jej osoby…
W powyższym tekście dosyć dużo miejsca poświęcam ocenie postaw życiowych autorki, ale nie sposób uniknąć takiego podejścia mając do czynienia z jej autobiografią. Książka ta napisana jest w sposób bezpośredni, niewątpliwie szczery, ale ujawniający przy tym zupełny brak dystansu do swojej osoby. Bardot zbyt często indoktrynuje i poucza czytelnika, za dużo narzeka, na dodatek nie zawsze słusznie i adekwatnie do sytuacji. Niemniej trzeba przyznać, że książka napisana jest sprawnie, czyta się ją przyjemnie, chociaż niewątpliwie niektóre poglądy autorki mogą się wydawać śmieszne, irytujące, bądź kontrowersyjne, a mniej odpornych czytelników mogą nużyć opisy kolejnych romansów.
Należałoby jeszcze na koniec zauważyć, że autorka dosyć bezceremonialnie obchodzi się ze światkiem filmowym, narzekając niemal na wszystko, co z nim związane. Pod koniec książki ujawnia skrajne już zmęczenie kinem i ogromną doń niechęć. Spowodowały one zupełne odcięcie się od muzy, która dała jej sławę i pozwoliła na życie w luksusie i dobrobycie. Książka kończy się wraz z zakończeniem kariery filmowej, czyli już dobre kilka dekad temu i jest to, moim zdaniem, słuszny krok. I tak przez całą książkę przewijają się drobiazgowo ujęte poglądy na temat spraw, którymi zajęła się w późniejszym okresie swego życia. Kolejne kilkaset stron poświęconych frustracjom i pretensjom wobec podejścia ludzkości do zwierząt mogłoby okazać się zdecydowanie niestrawne i wystawiałoby moje skołatane nerwy na zbyt dużą próbę. Historia została zakończona w momencie, który najbardziej interesuje mnie jako miłośnika kina, a sposób, w jaki aktorka postanowiła spożytkować dalszą swą egzystencję, z całym szacunkiem dla szczytnej idei miłości do czworonogów, nie interesuje mnie za bardzo. Przynajmniej nie w takiej formie jak prezentowana przez panią Bardot na kartach „Inicjałów B.B.” Tym niemniej, jej biografię poczytać było miło, przy okazji dowiadując się kilku ciekawostek zza kulis europejskiej (a chwilami również amerykańskiej) kinematografii, ubarwionych soczystymi wspomnieniami miłosnymi… Czy jednak odpowiednio rekompensowało to wspomniane wyżej irytujące elementy? No cóż, ja przebrnąłem dzielnie przez te kilkaset stron, a już dawno temu wyzbyłem się zwyczaju czytania każdej, nawet najgorszej książki, której lekturę nieopatrznie rozpocząłem…




