„Timecode” to poliwizyjny eksperyment: przez dziewięćdziesiąt minut na ekranie podzielonym na cztery części oglądamy ciągłe ujęcia. Kamery śledzą różnych bohaterów, koncentrują się na odmiennych – choć oczywiście splecionych – wątkach. Oglądający wciąż widzą poszczególne obrazy, ale słyszą tylko wybrane fragmenty dialogów, to z jednej, to z innej ścieżki – podczas wrocławskiego pokazu miksowane przez samego Mike’a Figgisa. Czasem twórca przewija taśmę, żeby odtworzyć inną rozmowę lub pominąć jakiś fragment. W ten sposób film w pewnym stopniu staje się żywym dziełem, dynamicznym tworem o częściowo płynnej strukturze.
Taka jest teoria. Jak zwykle w przypadku podobnych prób same nasuwają się pytania: czy warto? czy to ma sens? czy to tylko sztuka dla sztuki? Wiele wskazuje na to, że istotą „Timecode” jest właśnie sam eksperyment, potraktowany jednak bez balastu w postaci pretensjonalnej filmowej filozofii (która zresztą zostaje w samym filmie subtelnie wyśmiana). Figgisa niespecjalnie interesuje sama historia – owszem, wielowątkowa, ale niezwykle stereotypowa, banalna, a przez to (jak przyznaje sam reżyser) schodząca na dalszy plan. Każdy kinoman wielokrotnie widział przecież fabuły o zdradzie, miłosnych trójkątach oraz próbach zrobienia kariery w Hollywood. Istota seansu przenosi się zatem na inne płaszczyzny: strukturę filmu, niuanse gry aktorskiej, aspekty techniczne i realizacyjne.
„Timecode” powstał przed dziesięcioma laty dlatego… że pojawiła się taka możliwość. To wykorzystanie możliwości filmowania bez przerwy, jaką daje cyfrowa technologia. Podczas seansu mieszają się odczucia. Chwilami ma się wrażenie, że to wszystko stworzono na siłę, że nie w każdym „filmie w filmie” jednocześnie coś się dzieje, a zatem brak uzasadnienia dla poliwizji. Później jednak widz zaczyna doceniać synchronizację całego widowiska, choćby wówczas, gdy kamery spotykają się, „wymieniają się” śledzonymi aktorami, biorąc udział w swoistym operatorskim balecie. Po projekcji zastanawiamy się w jakim stopniu to, co zobaczyliśmy, rzeczywiście jest dziełem chwili, efektem kaprysu twórcy podczas tego konkretnego show. Nie ulega jednak wątpliwości, że dzięki takiemu a nie innemu doborowi ścieżek dialogowych poznaliśmy tylko część historii, część motywacji bohaterów. Pozostają pytania o sceny, których sensu nie było nam dane poznać. Z drugiej strony – wobec pretekstowej fabuły w ogólnym rozrachunku nie ma to większego znaczenia.
„Timecode” to z pewnością ciekawa produkcja. Warto w ten sposób zgłębiać granice sztuki filmowej, poznawać nowe horyzonty (!), jakie wyznacza rozwijająca się technika. Pozostaje jednak przekonanie, że tego typu alternatywna forma narracji nigdy nie znajdzie „poważnego” zastosowania w kinie. Pomimo że na film Figgisa patrzy się z uznaniem, sama forma w gruncie rzeczy nie oferuje niczego, co za x lat mogłoby zrewolucjonizować kino. Najlepszy dowód, że od jego powstania minęła dekada, a „Timecode” pozostało ciekawostką.





Oceń ten film na Filmaster.pl!