![]() |
![]() |
![]() |
Przypominam sobie, z jaki zachwytem zostałem przeniesiony w abstrakcyjny świat Terry’ego Gilliama, kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych zetknąłem się z „Przygodami Barona Munchausena”. Tę charakterystyczną wizję okraszoną dozą magii natychmiast uzupełniłem o kolejne wyraziste obrazy: „Brazil”, a potem „Fisher King”. Być może Gilliam jest bardziej znany szerokiej publiczności jako ten, kto przeniósł na duży ekran część szalonych pomysłów grupy Monty Pythona, ale to właśnie powyższe pozycje są wizytówką jego twórczości. Oglądając „Parnassusa”, najnowszą propozycję reżysera, widzimy wyraźną kontynuację szalonych, wizjonerskich scen.
Tytułowy Doktor Parnassus (Christopher Plummer) wraz ze swoją trupą prowadzi objazdowy teatr „Imaginarium”. W czasie przedstawienia zaprasza widza do udziału w spektaklu. Za pomocą magicznego lustra wprowadza go w fantastyczny świat, gdzie nieograniczona wyobraźnia wywołuje przeżycia, o jakich nikt nie śnił. Wszystko to jednak przy udziale diabelskich sił, którym przed wiekami poddał się Parnassus. Zawarł on bowiem pakt z szatanem, stał się nieśmiertelnym dostarczycielem niezwykłego widowiska za cenę życia swojej córki Valentiny, którą w dniu jej szesnastych urodzin przekaże Diabłu. Doktor chce temu zapobiec, więc decyduje się na jeszcze jeden zakład – kto pierwszy zawładnie pięcioma duszami? Tymczasem Valentina zakochuje się w intrygującym, tajemniczym Tonym, w którego wcielił się Heath Ledger. Mężczyzna szybko staje się członkiem grupy i wnosi do widowiska powiew świeżości. Od tego momentu coraz częściej przeskakujemy do świata fantazji. Upajamy się barwnością scenerii, marzeniami bohaterów, nieograniczoną wyobraźnią i kreatywnością autora.
I gdyby tylko tymi kryteriami oceniać ten film, na pewno dostałby wysoką notę. Co chwila miałem jednak wrażenie przerostu formy nad treścią. Brak płynności, zespolenia wątków i ciągłe oczekiwanie na to „coś” sprawiły, że scenę końcową powitałem z wyraźnym niedosytem. Nie ukrywam, że idąc do kina, miałem wysokie wymagania, bo po twórcy takim jak Gilliam można się spodziewać jakości. Być może część winy leży w koniecznych zmianach scenariuszowych, wymuszonych tragiczną śmiercią genialnego Heatha Ledgera. Co prawda został on zastąpiony po trzykroć przez równie wielkie postaci kina takie jak Jude Law, Johnny Depp i Colin Farrell, jednak ich udział nie mógł stanowić nawet przysłowiowej wisienki na przepysznym torcie. Oglądamy ich wirtuozerię, indywidualne zmagania z rolą pierwotnie przeznaczoną dla Ledgera – i to wszystko. Myślę, że reszty nie warto rozkładać na czynniki pierwsze. Rozmach wyobraźni autora jest tak nieodgadniony, że pozostaje nam dać się oczarować tą wizją, bo odnalezienie w niej spójności mogłoby się okazać karkołomnym wyzwaniem. Taki jest Giliam. Ciągle w sferach niezwykłego kolorytu swoich opowieści, ciągle szuka barw, które nie każdy z nas może dojrzeć. Ja prawdopodobnie nie wszystko zdołałem zauważyć, ale jeśli kogoś cieszy taka konwencja, to nie będzie zawiedziony, bo reżyser jest w „Parnassusie” konsekwentny.








4/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!