Bohaterem „Spotkania w Palermo” jest Finn, wzięty fotograf, który ma właściwie wszystko – karierę, bogactwo, swobodę, no i oczywiście znajomość z Milą Jovovich. Czegoś mu jednak brakuje, czegoś szuka, czuje się zagubiony, niespełniony. Podczas nocnej jazdy autem cudem unika śmiertelnego wypadku. Następnie, zobaczywszy na rzece statek „Palermo” i dowiedziawszy się od starego pastucha-gracza giełdowego (!), że nazwa miasta oznacza „wielki port”, tam właśnie postanawia się udać w poszukiwaniu sensu życia. Dlaczego, na Teutatesa? Nie mam pojęcia, ale to dopiero początek zabawy.
Wim Wenders w nowym filmie serwuje widzom niesłychanie intensywny koncert intelektualnej tandety. Od pierwszej sceny bohater, odgrywany przez Campino – lidera zespołu Die Toten Hosen, raczy nas wygłaszanymi z offu frazesami o wyżej wzmiankowanych duchowych dylematach. Kiedy dociera do Palermo, kończy sesję fotograficzną z Milą i zaczyna snuć się po mieście, widz ma prawo liczyć na oniryczną podróż po uliczkach sycylijskiej stolicy. I rzeczywiście, na „Spotkanie…” patrzy się z dużą przyjemnością, wraz z nieco otępiałym Finnem zwiedzając miasto. Wszystko do czasu, gdy bohater zaczyna mieć halucynacje – fatalnie banalne, a jakże. Ktoś strzela do niego z łuku znikającymi strzałami, prześladuje go postać w szarym kapturze, Finn, unosząc się w przestrzeni, dosiada wielkiego zegara… Nie zmyślam tego, daję słowo. Wszystkiemu towarzyszą kolejne monologi, a także równie pretensjonalne rozmowy z napotkanymi postaciami, głównie – z piękną (oczywiście!) restauratorką zabytków. Kobieta pracuje nad średniowiecznym freskiem przedstawiającym śmierć. Dialog na temat znaczenia malowidła dosłownie poraża „głębią”. To jednak nie wystarczy. W kulminacji Wenders każe Finnowi spotkać się twarzą w twarz z Ponurym Żniwiarzem. Odbywają długą rozmowę na temat istoty śmierci, wyznaczającą nowe niziny filmowej łopatologii.
Podczas każdej edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty trafiają się filmy pretensjonalne i nadęte. Podobnie było w tym roku. Muszę jednak przyznać, że obrazu tak – nie bójmy się tego słowa – grafomańskiego chyba nie dane mi było obejrzeć. Dosłowność, tandetność i pretensjonalność sprzedawanej tu przez Wendersa filozofii, wylewająca się z ekranu płycizna intelektualna na każdy temat, od życia i śmierci aż po istotę fotografii – to wszystko byłoby uzasadnione w debiutanckim tekściku autorki na przełomie gimnazjum i liceum, ale nie uznanego twórcy kina. Owszem, „Spotkanie z Palermo” jest dość przyjemne w odbiorze, ilustrowane świetnymi piosenkami, nie nuży i dość dobrze sprawdza się jako pocztówka z Sycylii, ale odnoszę wrażenie, że swoim przesłaniem celuje (pytanie tylko: czy świadomie?) w publiczność, która prawd o życiu szuka w tekstach piosenek zespołu Feel. Zwolennicy nieco głębszych przemyśleń mają szansę wyjść z kina zdegustowani.





Oceń ten film na Filmaster.pl!