![]() |
Jak zdefiniować kwintesencję współczesnego skandynawskiego kina? Atmosfera komediodramatu, nieśpieszne tempo, kilka kropel absurdu, a czasem groteski, zwyczajni, często fajtłapowaci bohaterowie, ciepły (nawet pomimo mrozów panujących na ekranie), choć surrealistyczny klimat. Te cechy określają również „Białe szaleństwo” (choć trafniejszym polskim tytułem byłoby „Na północ”) w reżyserii Rune Denstad Langlo. Bohater – ospały, apatyczny Jomar, były narciarz chory na depresję, który, odkąd zostawiła go żona, większość życia spędza w łóżku przed telewizorem – dowiedziawszy się, że hen, na północy ma czteroletniego syna, wsiada na skuter śnieżny i wyrusza w podróż życia. „Białe szaleństwo” prędko staje się zatem filmem drogi, niedopowiedzianym, zabawnym, choć nie prześmiewczym. Drogę bohatera przez śnieżny bezkres Norwegii punktują wydarzenia-epizody oraz spotkania – jedne dłuższe, inne bardzo krótkie. Możemy odnieść wrażenie, że białą pustynię zamieszkiwać mogą jedynie dziwacy, w specyficzny sposób podobni do głównego bohatera. Czy podczas podróży Jomar dowiaduje się czegoś o sobie samym? Mało prawdopodobne. Czy przechodzi przemianę? Zdecydowanie wątpliwe. Czy w jego życiu nastąpił trwały przełom? Nie przypuszczam, choć mogę się mylić. Podróż odbywa raczej po to, by poznali go sami widzowie. W „Białym szaleństwie” bowiem brak tez, nie ma tu przesłania. Oglądający przede wszystkim będzie się dobrze bawił. Wyniesie z seansu głównie humor… choć również charakterystyczną, niedołującą melancholię – pobudek do silniejszych refleksji zdecydowanie będzie szukać gdzie indziej. I dobrze. Czasem wystarczy podróż skuterem. Warto odbyć ją z Jomarem.






Oceń ten film na Filmaster.pl!