Iwan Wyrypajew piorunuje widza bombą tlenową. Jego dzieło oglądamy na kinowym ekranie, a zatem mamy do czynienia z filmem, ale może nawet bardziej jest to teledysk, deklamacja, melorecytacja, poezja i dramat, wizualny kolaż, album muzyczny, medialny miks, skondensowany zastrzyk emocji, postmodernistyczny ostrzał symboliki, słowotok, gra językiem, rytmiczny koncert słów, i przede wszystkim: tekst. W trakcie seansu widz niemalże nie ma czasu na zaczerpnięcie oddechu, natomiast po seansie – nie do końca potrafi ogarnąć to, co obejrzał. Wyrypajew ustami swoich aktorów, Aleksieja Filimonowa i Karoliny Gruszki, mówi o rzeczach najważniejszych, robi to w oszałamiającym tempie i w absorbującym rytmie. O życiu, miłości, nienawiści, współczesności, wojnie, zabijaniu, o istnieniu, wierze, motywacji, sensie i braku sensu. Pozbawia film jakiejkolwiek narracji w tradycyjnym sensie, dzieli go nie na sceny, a na utwory niczym na płycie CD, zamyka obraz w niebieską ramkę, miesza wszelkie formy wizualne: kino, teledysk, telewizję, klip w Internecie, rysunek, napis, animację w trójwymiarze i grafikę komputerowego odtwarzacza. W przekazie „Tlenu” nie sposób jednoznacznie odsiać ziarno od plew, nie sposób określić, gdzie kończy się wnikliwy komentarz i błyskotliwa poezja, a zaczyna banał, bełkot czy grafomania. Co należy wziąć do serca, a co przefiltrować. Jednakże to właśnie sprawia, że film jest tak bardzo „dzisiejszy”. Charakterystyczna rosyjskość miesza się z uniwersalizmem, treść zlewa się z formą.
Tuż po seansie w rzędzie za sobą usłyszałem głos zachwyconego kinomana: w dziesięciu minutach filmu zawarło się wszystko, co pokazano na całym festiwalu. W tej emocjonalnej opinii, choć z pewnością wypowiedzianej na wyrost, jest dużo prawdy. Wyrypajew serwuje widzowi ogromny ładunek emocji. „Tlenu” nie odbiera się głową, nie rozkłada się treści na czynniki pierwsze, nie analizuje każdego symbolu i porównania. Raczej chłonie się zmysłami, absorbuje słuchem i wzrokiem, wczuwa się w rytm słów i różnorodność obrazów. I jeśli ta wrażliwość, ta stylistyka – na wskroś współczesna i bardzo nowatorska – przemówi do widza, wówczas gdy tylko na sali zapali się światło, nie będzie miał wątpliwości, że uczestniczył w wyjątkowym spektaklu. Choć zapewne minie trochę czasu, zanim racjonalnie ułoży i oceni to, co obejrzał.
Za nami nieco ponad połowa tegorocznej odsłony festiwalu Era Nowe Horyzonty, zatem na gruntowne podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Nie mam jednak wątpliwości, że mało co w tym roku przebije „Tlen” i znajdzie się on w mojej ścisłej czołówce. Na dzień dzisiejszy żaden inny wyświetlony we Wrocławiu film nie zrobił na mnie równie silnego wrażenia, choć ciekawych produkcji nie brakowało. Pozostaje pytanie: czy powinien martwić fakt, że na festiwalu filmowym tak jasno świeci dzieło artysty, który w ogóle nie uważa się za reżysera kina, lecz za dramaturga i człowieka teatru? Powiedzmy, że to znak czasów i symbol współczesnej syntezy dziedzin sztuki. Jeśli wziąć pod uwagę, jak daleko idącą mieszanką wszystkiego z wszystkim jest „Tlen” – to chyba trafna puenta.





Oceń ten film na Filmaster.pl!