Tlen (Kislorod)

Kategoria: Krótkie ujęcie

Z „Tlenem” pierwszy raz zetknąłem się na zeszłorocznym festiwalu filmowym Era Nowe Horyzonty. Szybki rzut oka na moje ówczesne notatki i znajduję taką spisaną „na gorąco” myśl: „Film, dla którego warto było chodzić na cykl konkursowy. Film, dla którego warto było się pojawić na tegorocznym festiwalu. Film, do którego zapałem miłością od pierwszego spojrzenia. Film, o którym… ciężko coś sensownego napisać”. Od tamtej pory moje odczucia względem niego wiele się nie zmieniły…

Tlen” bardzo łatwo zignorować, znielubić, skrytykować i zbagatelizować. Wystarczy proste sformułowanie: przerost formy nad treścią – i miłośnik tegoż jest uziemiony. A takiego! Tutaj treść jest formą, a forma treścią. Pełna symbioza. Język jest historią, siłą sprawczą, rytmem filmu i kreatorem obrazu. Słowo dominuje obraz, a ten chętnie się na to godzi, bo z tej służalczej roli czerpie nieliche profity. Autor (scenarzysta „Najlepszej pory roku”, o której pisałem w relacji z poprzedniej edycji ENH) zaadaptował na potrzeby kina własną sztukę teatralną słynącą z rapowanej interpretacji dekalogu. Melorecytacja (bo rapem w zasadzie tego nazwać nie można) jest również motorem napędowym filmu. Jego konstrukcja jest czymś w rodzaju składanki dziesięciu konceptualnych teledysków, opowiadających o mężczyźnie, który z miłości do pewnej rudowłosej piękności (Karolina Gruszka) zabił swoją żonę. Ta prosta historia staje się pretekstem do rozlicznych monologów teologiczno-psychologiczno-socjologiczno-historycznych. Wszystko to przy oszałamiającej formie wizualnej i niezwykle dynamicznej warstwie muzycznej. Tempo każdego utworu jest iście szalone, rytmy, bity, słowa ciskane są w widza z prędkością karabinu półautomatycznego, wszystko to sprawia, że chłonie się „Tlen” całym sobą, odbiorca spina się w sobie, żeby ogarnąć wszystko, czym reżyser w nas rzuca. Słowa, obraz, dźwięki, to wszystko z niezwykłą intensywnością atakuje nasze zmysły. Przejścia między kolejnymi utworami są niczym przerwy pomiędzy niezwykle intensywnymi setami meczu tenisowego. Łapie się szybko oddech, przeciera pot z czoła, zwilża zaschnięte gardło i wskakuje w kolejny utwór.

Wszystko to odbiera się przede wszystkim na poziomie emocjonalnym, przez co jeżeli zamysł reżysera nie trafi do nas już na starcie, spokojnie można sobie darować dalsze oglądanie, bo to kompletna i przemyślana wizja, która jednakże jest na tyle specyficznym tworem, że nie każdemu przypadnie do gustu. Do mnie trafiła, film pokochałem i wprost przebierałem nogami z niecierpliwości w oczekiwaniu na moment wypuszczenia go do naszych kin w regularnej dystrybucji. Za drugim razem, przy powrocie do filmu po półrocznej przerwie, nie sponiewierał jednak już tak bardzo. Może to dlatego, że wiedziałem już, czego się spodziewać. Byłem na to gotów, z wytęsknieniem czekałem na ten zastrzyk adrenaliny, który niestety nie nastąpił. Z „Tlenem” widocznie jak z narkotykami: człowiek po pewnym czasie się uodparnia…

Ale i tak do niego jeszcze wrócę – może i nie „kopie” już tak mocno jak za pierwszym razem, ale długotrwałe odstawienie i tak kończy się oznakami „głodu”. Powinienem tutaj jeszcze wspomnieć o minusach, o chwilami pretensjonalnym przekazie merytorycznym, na który można się żachnąć po głębszym zastanowieniu. Ale na to przecież trzeba czasu, trzeba przystanąć, nabrać oddechu, zebrać myśli, uruchomić krytyczne spojrzenie. A kto ma na to czas podczas seansu, gdy ledwie nadąża z dostarczaniem tlenu dla organizmu…?



Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Tlen
Oryginalny tytuł: Kislorod
Kraj: Rosja
Rok:
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Montaż:
Obsada:
Sańka
Saniok
Ocena:  8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!