![]() |
![]() |
„Sądna noc” to dość rzadko spotykany przypadek filmu, który rozpoznawany jest bardziej za sprawą ścieżki dźwiękowej niż samego celuloidowego obrazu. Nigdy nie zyskał większego rozgłosu i publiczne wypowiedzenie na głos tytułu skutkowało co najwyżej zdziwionymi twarzami rozmówców. A zatem cóż takiego niesamowitego jest w tym soundtracku? Otóż składał się on z utworów będących efektem kolaboracji raperów z reprezentantami szeroko pojętego rocka (od Faith no More po Slayera). Dzisiaj już oczywiście nic w tym niezwykłego, wszystkim już dawno temu przejadł się nurt nu metalowy, crossoverowy, pseudometalowy czy jak tam kto wolał na to mówić. W 1993 było to jednak ewidentne novum, bo co prawda już w połowie lat 80. śmigał na MTV kawałek Aerosmith i Run DMC, ale tego typu kolaże stylistyczne do połowy lat 90. wciąż były czymś oryginalnym i przyciągającym uwagę.
Zostawmy jednak kwestie muzyczne na boku i przyjrzyjmy się samemu filmowi, który bynajmniej nie tylko dobrym soundtrackiem stoi. Jest to niezaprzeczalnie dziecko wczesnych lat 90. Historia opowiada o czwórce przyjaciół (a wśród nich Cuba Gooding, Jr., Emilio Estevez i Stephen Dorff), którzy wybierają się pożyczonym samochodem na mecz bokserski. Próbując ominąć korki na autostradzie, skręcają w boczną ulicę, ale w dzielnicy, przez którą prowadzi droga, na wieczór zwija się przed złodziejami asfalt z dróg. Oczywiście nie trzeba długo czekać, żeby panowie zobaczyli coś, czego nie powinni byli ujrzeć (konkretnie morderstwo), i musieli ratować się ucieczką przed bezwzględnymi bandytami. Pozbawieni pojazdu muszą o własnych siłach wydostać się z terytorium bezprawia.
Film Stephena Hopkinsa (dla niezorientowanych, reżyser „Predatora 2” oraz „Życia i śmierci Petera Sellersa”) to klasyczny survival o parze mieszczuchów walczących o przeżycie na dzikiej prowincji. Tutaj wprawdzie amerykańską wiochę zamieniono na cieszącą się złą sławę dzielnicę wielkiego miasta, a przygłupich rednecków na bandziorów (wśród których przede wszystkim brylują Denis Leary oraz Peter Greene znany wszystkim z roli Zeda, który zszedł), ale cała reszta pozostała taka sama. Bohaterowie usiłują znaleźć schronienie na nieznanym sobie terenie, zmagając się z nienawiścią ze strony przedstawicieli warstw społecznych, którym mniej się powiodło w życiu. Co warte podkreślenia, historia potrafi trzymać za gardło, reżyser umiejętnie dawkuje napięcie, angażując przy tym widza w obserwowane wydarzenia. Podczas seansu niemal nie występuje coraz powszechniejsze w dzisiejszych filmach sensacyjnych znużenie i obojętność nad losem postaci. Przy czym bywa to nierówne i momentami (zwłaszcza pod koniec) mimo wszystko zauważamy, że emocje z nas ulatują i oglądamy już głównie siłą wcześniejszego rozpędu. A więc po prostu solidny przeciętniak, jakich było wiele w epoce rozkwitu wypożyczalni kaset VHS? Owszem, ale niewątpliwie powinien leżeć na tej lepszej półce, na którą trzeba było się zawczasu zapisać, żeby zapewnić sobie wieczorny seans.







7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!