Jestem zdeklarowanym fanem „Przed wschodem słońca” i jego późniejszej o dziesięć lat kontynuacji, więc kiedy usłyszałem porównania „Pocałunku o północy” do wiedeńsko-paryskiej dylogii, pozostawało dla mnie tylko kwestią czasu, kiedy ten film obejrzę. Obraz Alexa Holdridge’a okazał się nieco inny, niż się spodziewałem. Intelektualno-artystyczny klimat dzieł Linklattera zastępuje tu dużo bardziej przyziemny (i mniej romantyczny) duch niskobudżetowego amerykańskiego „kina gadanego”, które w latach dziewięćdziesiątych znalazło wyraz w filmach takich jak „Sprzedawcy” Kevina Smitha, natomiast w bieżącym dziesięcioleciu – w tak zwanym nurcie mumblecore (pokazywane na festiwalu Era Nowe Horyzonty „Funny Ha Ha” i „Mutual Appreciation” Andrew Bujalskiego, „The Puffy Chair” braci Duplass czy „Hannah Takes the Stairs” Joe Swanberga).
Jak dla mnie – naprawdę dobra mieszanka, i taki też, choć bynajmniej nie rewelacyjny, jest „Pocałunek o północy”. Słodko-gorzki film o – jakże by inaczej – dobiegającym trzydziestki nieśmiałym nieudaczniku bez pracy, za to z artystycznymi inklinacjami (rzecz dzieje się w Los Angeles, więc bohater marzy o karierze scenarzysty), tęskniącym za dziewczyną, z którą się rozstał. Wilson idzie na randkę po raz pierwszy raz od sześciu lat. Idzie, bo przyjaciel zmusił go do umieszczenia ogłoszenia w Internecie. Bo inaczej znów spędzi Sylwestra sam, a o północy nikt go nie pocałuje. W tej historii musi mu partnerować kobieta: neurotyczna (choć nie w allenowskim stylu), rozgadana Vivian, która obcesowo traktuje potencjalnych adoratorów, pali papierosa za papierosem i klnie jak szewc. Ona także przyjechała do LA w celu najbardziej typowym z typowym z typowych: aby być aktorką. Też nie ma pracy i też, tak jak Wilson, gdzieś głęboko chowa uraz, który maskuje głośną pozą. Spacerują przez miasto i rozmawiają jak Jesse i Celine z „Przed wschodem słońca”, chociaż ich dialog, zamiast skrzyć się błyskotliwymi frazami, jest raczej interesującym koncertem zwyczajności. Co stanie się wraz z wybiciem północy i nastaniem nowego roku? Tego domyślamy się od pierwszych minut, jednak Holdridge nie kończy opowieści i dopisuje do niej epilog, którym skutecznie wpisuje się w nurt portretów młodego pokolenia.
W specyfikę mublecore’owych produkcji – do których spokojnie można zaliczyć kręcony cyfrowo „Pocałunek o północy”, choć jest to obraz dużo bardziej przystępny niż wiele filmów tego „gatunku” – wpisana jest pewna nierówność. Świetnym wymianom zdań towarzyszą przestoje, a kawałkom o dużej mocy emocjonalnej – momenty średniej wiarygodności. Te wahania formy czuć również u Holdridge’a, co nie zmienia faktu, że „Pocałunek…” to dobry film, który fani „kina gadanego” z pewnością powinni zobaczyć. Kto zaś nie lubi, kiedy „z tego nic nie wynika”, ten powinien omijać zarówno ten, jak i wszystkie inne wymienione wyżej tytuły szerokim łukiem.





4/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!