![]() |
![]() |
![]() |
Choć western umarł, to trzyma się nieźle. Na wielkie megahity w tym gatunku nie ma chyba co liczyć, ale chociażby „3:10 do Yumy” bardzo pozytywnie zaskoczyła i pokazała, że da się jeszcze nakręcić w tych realiach film atrakcyjny, nienaznaczony brzemieniem „Tajemnicy Brokeback Mountain” i nie mulący jak „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”. „Appaloosa” wpisuje się właśnie w ten nurt – niegłupich westernów z ciekawą akcją i dobrze zarysowanymi charakterami.
Klimat Dzikiego Zachodu ma w sobie coś przyciągającego, ale nie ten z „Rio Bravo” czy „Siedmiu wspaniałych”, ale prawdziwy, brudny, pełny pyłu i brutalny. „Appaloosa” jest nim przesiąknięta. To nazwa małej, typowej dla tamtego okresu mieściny, zbudowanej przy linii kolejowej na wyjałowionej ziemi. Osadnicy próbują jakoś sobie radzić, lecz okolicę terroryzuje banda pod przywództwem Randalla Braga (Jeremy Irons), który bez wahania potrafi zabić nawet szeryfa i jego zastępcę. Do miasteczka zostaje więc ściągnięty Virgin Cole (Ed Harris), który wraz ze swoim małomównym partnerem Everettem Hitchem (Viggo Mortensen) od lat rozwiązuje podobne problemy. Standardowa robota szybko się komplikuje, gdy do miasteczka trafia damusia Allison French (Renee Zellweger), na której punkcie Cole’owi odbija.
Jak sami widzicie, zalążek akcji jest wyjątkowo standardowy. Wszystko, co potem, już takie standardowe nie jest. Akcja ma kilka naprawdę fajnych zwrotów, a najlepszy jest w nich fakt, że nie są jedynie prostym wymysłem scenarzysty, lecz wynikają z wyjątkowo oryginalnej charakterystyki bohaterów. Właściwie nikt nie jest tu taki, jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Oglądając całkowicie pokręcony związek Cole’a z Allison, ręce wręcz same składają się do oklasków. Harris (który oprócz grania głównej roli film wyreżyserował) zabawia się tu westernowymi archetypami i trzeba przyznać, że robi naprawdę z dużym wyczuciem i humorem. Swoim postaciom poświęca sporo czasu, nie pogania z akcją, ale cały czas kontroluje tempo, by nie pojawiły się dłużyzny, tak charakterystyczne dla ostatniego filmu o Jessie Jamesie.
Jednak z tej prostej w sumie historyjki nie dałoby się tyle wycisnąć, gdyby nie bardzo dobre aktorstwo. Szczególnie Ed Harris zasługuje na uwagę. Ostatnio żaden reżyser nie prowadził go tak dobrze, jak on sam siebie. Problem jest z Zellweger, która początkowo wzbudza ogólną wesołość niepasującym do konwencji wyglądem, z czasem jednak świetnie się wtapia w rolę. Tylko się cieszyć, że Harrisowi na planie niskobudżetowego filmu udało się zebrać (zapewne po znajomości) takich aktorów i że autentycznie im zależało, by jak najlepiej wypaść. Ten niewielki budżet czasami jednak czuć. Appaloosa wygląda na miasteczko niemal wymarłe, a postawione w niej chatki nie ukrywają, że są tylko częścią zdjęciowego planu. Do tego czasami wymagane jest od widza zbyt mocne przymknięcie oka na różne nieprawdopodobieństwa, czego nie lubię.
Nic to jednak wobec faktu, że mamy tu do czynienia z niewielkim, ale oryginalnym i bardzo klimatycznym westernem. Żadne to arcydzieło, ale miła niespodzianka w rzadko już eksploatowanym gatunku. Dla mnie jeden z przyjemniej spędzonych filmowych wieczorów tego roku. Polecam.








8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
“3:10 do Yumy” bardzo pozytywnie Cię zaskoczyło? Ja o mało nie umarłem ze śmiechu oglądając ten film, który nie umywa się nawet do pierwowzoru, a wszystkie wprowadzone zmiany spowodowały tylko że postaci stały się jeszcze bardziej nieprawdopodobne i wręcz śmieszne.
Za to “Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” to dla mnie właśnie wzór pokazujący w którym kierunku powinien iść ten gatunek filmowy.
Zabawne, jak różnie można odebrać dany film… michukCytuj
No cóż, po „3:10 do Yumy” nie spodziewałem się niczego wartego uwagi. Pierwowzór oglądałem całe lata temu, więc nie miałem do czego porównywać. Jak dla mnie kawał dobrej akcji w westernowym klimacie. Traktuję ten film stricte rozrywkowo, a pod tym względem sprawdza się doskonale.
Z Jessie Jamesem było dokładnie odwrotnie – spore oczekiwania i film, który ledwo zmęczyłem. Osobiście wolę już kierunek na Brokeback Mountain.
Najlepiej jednak by było, gdyby western pozostał po prostu westernem – nieco dojrzalszym niż filmy z Waynem (jak Bez przebaczenia czy Tombstone), albo igrającym z konwencją (jak Appaloosa właśnie), a produkcje typu „Zabójstwo Jessie’ego Jamesa…” stanowiły ciekawy wyjątek. Bartłomiej Leszczyński – LeszczuCytuj
Jeśli o mnie chodzi, to mam trochę zaległości na polu współczesnego westernu (nie widziałem zarówno „Appaloosy”, jak i „Zabójstwa…”), ale jeśli chodzi o „3:10 do Yumy”, to naprawdę lubię ten film. Rzekłbym, że jest po prostu… fajny. Ktoś powiedział, że to mniej western, a bardziej action movie na Dzikim Zachodzie, i coś w tym jest, ale to takie kino, które po prostu przyjemnie się ogląda, całkiem nie zważając na różne nieprawdopodobieństwa i uproszczenia.
A teraz czekamy na komentarz Tylera, który „Yumy” nie lubi… ;) I tylko ciekawe, kiedy wypowie się ktoś, kto widział „Appaloosę”. Rafał Lisowski – NegrinCytuj
Ja widziałem „Appaloosę” i nie mam pojęcia gdzie autor niniejszej recenzji widzi oryginalność – film Harrisa jest banalnym zlepkiem westernowych klisz, recyklingiem obrobionych pomysłów. Główny bohater jako milczący twardziel, co to nie jedno ma na sumieniu, lecz wzbudza (ma wzbudzać) w widzu sympatię, a obok niego rozważny, świadomie usuwający się w cień pomagier. Plus jednoznacznie zły przeciwnik (jeden z niewielu plusów do rola Jeremy’ego Ironsa) i wszystko „mknie” (niemiłosierne dłużyzny) do z góry znanego rozwiązania (konfrontacji ze złym panem i rozejścia się kompanów w różne strony). Harris nie ma materii na ten film, więc zapożycza skąd może, jakby nie wiedział, że czasy jednowymiarowych bohaterów w westernach się skończyły – chyba, że ma się w orężu poczucie humoru, gdy robi się western akcji (wspomniana współczesna wersja „3:10 do Yumy”) albo gdy jest się Clintem Eastwoodem. „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…” to temat na osobną rozmowę; widać inaczej pojmujemy pojęcie dłużyzn w filmach. SQNboyCytuj
Ciekawe, bo ja widziałam i „Zabójstwo…” i „Yumę” (Appaloosy nie, ale na dniach zobaczę, bo leży u mnie pożyczona płyta, wtedy napiszę coś jeszcze) i oba te filmy bardzo mi się podobały, choć – jak wiadomo – różnią się od siebie, „Zabójstwo…” jest kontemplacyjno-medytacyjne,to raczej taka filmowa ballada, w której bardziej chodzi o kwestie egzystencjalne niż jakąś szeroko pojętą akcję, „Yuma” zaś to bardzo zgrabny film akcji właśnie, taki przygodowy western spod znaku mnożenia atrakcji (patrz: minidziałko użyte w scenie napadu), dodajmy do tego ciekawy psychologiczny pojedynek głównych bohaterów, dobre aktorstwo, zdjęcia, muzykę i wyjdzie całkiem fajny film, choć wiadomo, że o nieporównywanie mniejszym ciężarze gatunkowym i refleksyjnym… cziczioCytuj
@SQNbo
Owszem, Appaloosa to zlepek klisz, ale który western z ostatnich 40-lat nim nie jest? Może się znajdą 3 tytuły. Tyle, że Harris się dość mocno się z tych klisz nabija i to całkiem inteligentnie – przecież chociażby główny bohater i jego wybranka pokazani są przewrotnie, okazując się całkiem kimś innym niż rzucający się w oczy na początku filmu westernowy archetyp.
I tak – widać, że inaczej postrzegamy dłużyzny ;)
@all
Pozwolę sobie jeszcze zacytować samego siebie: „mamy tu do czynienia z niewielkim, ale oryginalnym i bardzo klimatycznym westernem. Żadne to arcydzieło, ale miła niespodzianka w rzadko już eksploatowanym gatunku”. Weźcie pod uwagę, że Appaloosa nawet chyba do kin w USA nie weszła. Podchodząc do niego bez uprzedzeń i zbyt wielkich nadziei film broni się dobrze sam. Bartłomiej Leszczyński – LeszczuCytuj
Te trzy tytuły wystarczą, żeby nie powielać schematu (chyba, że ma się talent reżyserski na miarę Eastwooda). Zellweger jako kobieta fatalna jakoś się broni (2 i ostatni plus filmu), ale reszty (po „Propozycji” czy „Zabójstwie Jesse’ego Jamesa…”, które odwracały konwencję banalnego pojedynku dobrego ze złym na rzecz egzystencjanych rozważań) obronić się nie da. W dalszym ciągu nie wiem gdzie ta przewrotność – w tym, że postać grana przez Zellweger nie jest wierna swemu mężczyźnie? To jedynie niezły pomysł scenariuszowy i fakt, że przez pryzmat tego Virgil traci na męskości, jeszcze wiosny nie czyni. Uważam, że Harris powinien zająć się aktorstwem, a nie reżyserią. SQNboyCytuj
Obejrzałam i w sumie nie żałuję, chociaż film ma swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych na pewno należy:
- postać Cole’a, taka trochę zbudowana ze schematów, a trochę jednak nietypowa (z jednej strony twardziel, z drugiej jednak przede wszystkim dobry człowiek, w dodatku nieśmiały i trochę zakompleksiony);
- fajny wątek przyjaźni Cole’a i Hitcha, to taka prawdziwa przyjaźń oparta na wartościach (lojalność, te sprawy), nic antywesternowego;
- wątek miłosny, rzeczywiście dość nietypowy chociażby dzięki rozbudowaniu postaci kobiecej, o której można powiedzieć, że jest pełnoprawną, pełnokrwistą postacią, a nie żadnym ozdobnikiem, jak to w westernach dawniej bywało, a i dzisiaj bywa. Nietypowy także dzięki temu, że pani French to postać, delikatnie mówiąc, irytująca, takie odwrócenie westernowego (i nie tylko) archetypu kobiety jako „odpoczynku wojownika”, dlatego też, zamiast kibicować temu związkowi i cieszyć się, że sterany życiem Cole nareszcie znalazł na starość szczęśliwą przyszłość, uczucia mamy raczej mieszane – poza tym kontekst tego nietypowego związku rzuca nieco inne, ciekawe światło na zakończenie całej historii;
- postać Hitcha – o ile generalnie nie przepadam za Mortensenem, tak tu mi się podobał, bo też grana przez niego postać przykuwa uwagę – swoją drogą mamy w tym filmie taki zupełnie nie antywesternowy, jasny i prosty podział na Dobrych i Złych jak w westernach klasycznych, do których zresztą można znaleźć sporo odniesień (ale o nich już wspominano);
- pięknie filmowane plenery, dodam jeszcze, że jakoś nie raziło mnie makietowo-umowne miasteczko (chociaż może rzeczywiście coś w tym jest).
Ale są i minusy:
- całą tę historię można było zdecydowanie uczynić ciekawszą, chociażby poprzez nakreślenie jakiejś bardziej wyrazistej intrygi (wątek Bragga nie obudził u mnie żadnych emocji, chociażby dlatego, że to marny „bad guy” z różnych względów – właściwie nie widzimy, dlaczego jest zły, wyłącznie o tym słyszymy; po drugie – starszy Irons jakoś mi nie pasuje do ról złych facetów, wygląda tu raczej na poczciwego, brodatego dziadka o zmęczonym spojrzeniu);
- dłużyzny i trochę fabularnego niedopracowania (przejawiającego się w tym, co już wyżej, czyli miernym potencjale całej historii rozprawy Cole’a i Hitcha z Braggiem). cziczioCytuj
@cziczo
Dzięki za rozbudowaną opinię. Właściwie zgadzam się w całej rozciągłości. Fabuła może faktycznie niedomaga, a Irons po raz kolejny udowadnia, że lepszy z niego umierający artysta niż schwarzcharakter (co było już udowodnione w Die Hard 3). No ale trójkącik bohaterów napędza akcję i kilkukrotnie zaskakuje właśnie zrywaniem z westernowymi przyzwyczajeniami.
A co do Mortensena, to najbardziej chyba mi się podobał w Eastern Promises (sam film za wybitny nie jest, ale można bez bólu obejrzeć). Ciekawe jak wypadnie w „Drodze”, do roli w której wydaje się stworzony. Bartłomiej Leszczyński – LeszczuCytuj