
Debiutanckie dzieło Marca Webba to… nie jest film miłosny. Przynajmniej tak już w pierwszej minucie oznajmia narrator. (Polski tytuł można by zatem uznać za mylący, ale z drugiej strony oryginalny jest niestety nieprzetłumaczalny). Cały żart polega na tym, że widz i tak nie chce uwierzyć. W zasadzie nie wierzy w to od początku do końca i dopiero po seansie nachodzi go refleksja: w gruncie rzeczy faktycznie chodzi tu o coś innego, a różnica między filmem miłosnym a takim o miłości jest znacząca.
Tom to młody rysownik, którego ambicje wykraczają poza nudną pracę w firmie projektującej kartki z życzeniami. Tom poznaje Summer. Tom się zakochuje. Summer nie chce związku na serio, ale mimo to zaczynają się spotykać. Po niespełna roku Summer zrywa z Tomem, a Tom nie może się pozbierać i rozpamiętuje. Film „500 dni miłości” nie jest więc zwykłą historią miłosną, ale zapisem owego rozpamiętywania – leczenia złamanego serca i powolnego godzenia się z nieuniknionym. Nie rządzi nim chronologia, ale pamięć i skojarzenia bohatera, który wraca do najważniejszych momentów znajomości i nie potrafi zrozumieć, jak dziewczyna idealna, której oddał duszę, mogła odejść. Rozrzucone w czasie fragmenty układają się w pomysłowo przedstawioną całość.
„500 dni…” to komedia, która naprawdę potrafi wywołać uśmiech, choć nie da się ukryć, że wykorzystuje chyba wszystkie postmodernistyczno-romkomowe klisze, z jakimi zetknęliśmy się w ostatnim dziesięcioleciu: od nibybajkowego narratora, przez elementy „multimedialnej prezentacji”, humorystyczne przebitki na fotografie, wywiady do kamery czy zastosowanie podzielonego ekranu, aż po numer taneczny. Jest to zabawna i bezpretensjonalna mieszanka, ale – jeśli się zastanowić – niezbyt spójna, szczególnie że wiele z tych „patentów” pojawia się tylko raz i znika bez śladu.
Siła filmu Webba leży gdzie indziej. Humor i przymrużenie oka są potrzebne, by lekko i niedosłownie podejść do na wskroś autentycznego portretu człowieka o złamanym sercu. Co prawda, historia ma optymistyczny morał, ale wydźwięk całości (pomimo przewrotnie cukierkowego finału) jest bardzo słodko-gorzki. Na ogół potrafimy wskazać co najmniej kilka filmów, które zdają się opowiadać o nas samych, ale „500 dni miłości” to specyficzny przykład opowieści, z którą utożsami się niemal każdy – bo przecież każdy kiedyś włożył w jakiś związek zbyt wiele serca, a potem cierpiał. Co prawda napisy końcowe witamy z uśmiechem na ustach, ale ja wciąż mam w pamięci środek filmu… i żal mi Toma. Żal mi tak, jakbym to ja stracił uroczą Zooey Deschanel, czyli Summer. Żal mi go, choć niby wiedział, w co się pakuje.
„500 dni miłości” zyskuje z czasem. Dzięki dowcipowi nie przygnębia, a dzięki ogólnej lekkości pozwala zaakceptować umowność niejednej sceny, z zakończeniem na czele – lecz w pamięć zapada ze względu na szczerość i trafność spostrzeżeń. Powłoka komedii i współczesnej bajki skrywa całkiem poważną i niegłupią treść, którą każdy widz obuduje własnymi doświadczeniami. Na inne sceny zwróci uwagę, inne momenty uzna za najbliższe swemu sercu. I prędko o niej nie zapomni, a to wartościowa rzecz.





5/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Dla mnie mimo wszystko najlepszym żartem jaki został zaserwowany w tym filmie jest ten pierwszy, jeszcze przed napisami początkowymi. Cała sala ryknęła i od razu wprawiła się w dobry nastrój. Jakby wszystkie romkomy były zrealizowane w tym stylu, chętniej chodziłbym do multipleksów :) michukCytuj
A to prawda, dzięki, że mi przypomniałeś :) Rafał Lisowski – NegrinCytuj
nie jestem pewna, czy tom do końca wiedział, w co się pakuje, zakochał się i tyle ;p ArteClaireCytuj
Jasne. Ale Summer na dzień dobry powiedziała mu, czego szuka, a co ją nie interesuje. A Tom przyjął to do wiadomości. Czyli wiedział. To zresztą jest jeden z bardzo ludzkich i autentycznych myków w tym filmie: Tom przyjął to do wiadomości, bo liczył, że „jak nam będzie dobrze, to ona zmieni zdanie”. Ręka do góry, kto nie zna tego z własnego doświadczenia. Nie widzę rąk? Tak myślałem :) Rafał Lisowski – NegrinCytuj