The White Stripes: pod zorzą polarną (The White Stripes: Under Great Northern Lights)

Kategoria: Era Nowe Horyzonty

Po seansie „The White Stripes: pod zorzą polarną” przez dłuższy czas zastanawiałem się, co tak naprawdę obejrzałem. The White Stripes, duet, który zdobył sławę na początku pierwszej dekady wieku jako ważny reprezentant odrodzonego „rocka garażowego”, to osobliwy zespół – wiemy o tym od lat: ekspresyjny, charyzmatyczny, kipiący twórczą energią Jack White, z szaleńczym przejęciem szarpiący struny gitary i własne struny głosowe, oraz cicha, nieśmiała, jakby pogrążona we własnym świecie Meg White, prosto i rytmicznie łomocząca w perkusję. Minimalistyczny dźwięk, trójkolorowe stroje, podtrzymywana przez lata tajemnica relacji Jacka i Meg (rzekomego rodzeństwa, choć w rzeczywistości w drugiej połowie lat 90. byli małżeństwem). „Pod zorzą polarną” nie pomaga rozwiać tajemnicy, choć uważny widz wynajdzie tu wiele drobnych szczególików, które potrafią wiele powiedzieć.

W pewnym momencie, w trakcie przewijającego się przez cały film swoistego wywiadu, Jack White cytuje swoją ulubioną opinię z prasy muzycznej na temat zespołu: „The White Stripes to jednocześnie najbardziej sztuczny zespół na świecie… i najbardziej prawdziwy”. Istotnie, trudno o lepsze podsumowanie image’u grupy, a dokument w reżyserii Emmetta Malloya świetnie to ilustruje. Ekipa filmowa towarzyszy duetowi podczas specyficznej trasy po Kanadzie w 2007 roku, podczas której TWS odwiedzają wiele miast położony hen, na dalekiej północy, gdzie słynne kapele zwykle nie trafiają. W centrum filmu, co zrozumiałe, jest muzyka. Oglądamy utwory zarejestrowane podczas koncertów, chłoniemy czystą energię i szaleństwo The White Stripes, obserwujemy show. Jednocześnie jesteśmy świadkami niecodziennych, darmowych występów w nietypowych miejscach: na miejskim placu, w kręgielni, na statku, w autobusie, w domu dziecka. Według słów Jacka White’a, starają się zrobić coś nowego, aby granie na żywo znów było świeżym przeżyciem. (Czy jest w tym prawdziwy „spontan”? W świetle tego, o czym za chwilę, można się nad tym zastanawiać). I wreszcie momenty zakulisowe, kiedy to widz zaczyna się zastanawiać nad wcześniej wspomnianym cytatem: czy widzimy wykreowane sceny, podporządkowane image’owi zespołu, czy też całkowicie autentyczne perełki, które pozwolą nam dowiedzieć się czegoś o relacjach między Jackiem a Meg.

W moich oczach Meg White staje się o dziwo najważniejszą postacią tego spektaklu. Jej wyalienowanie graniczące z autyzmem, milczenie, skrycie, nieśmiałość – na ile to prawda, a na ile gra? Na ile ta dziewczyna, a właściwie kobieta, naprawdę czuje się w tym wszystkim zagubiona, nieobecna, na ile rzeczywiście pozwala się rozstawiać po kątach i kierować (choć, wydaje się, z czułością) Jackowi? Jakby dla spotęgowania tej wątpliwości twórcy decydują się na ruch… dość oryginalny. Meg, jako jedyna anglojęzyczna osoba w filmie (tzn. nie licząc inuickiej starszyzny odwiedzanej przez zespół gdzieś na terytorium Nunavut) mówi „z napisami”! Owszem, to prawda, że jest cicha, ale nie jej jednej zdarza się tutaj mamrotać. A zatem kreacja? Ale czy w ten sposób można wyjaśnić również ostatnią, jakże emocjonalną scenę filmu, której znaczenie zinterpretować muszą sami widzowie? Łzy zdają się jednak bardzo prawdziwe. „Pod zorzą polarną” nie pozwala wątpić, że Jacka i Meg łączy ogromnie wiele, że ich związek i więź są niezwykłe… lecz gdy lider grupy opowiada o wciskaniu się w ciasne pudełko The White Stripes jako metodzie twórczej, a także o tym, że sam potrzebuje narzucać sobie ograniczenia, a zespół jest w stanie trwać w tych ograniczeniach bardzo długo – można się zastanawiać, na ile to również jest kreacją maskującą zmęczenie materiału. Nie White’a, którego energię można by wykorzystać do zasilenia w prąd miasta średniej wielkości, ale Meg, jego krańcowe przeciwieństwo, która w trakcie filmu czasem robi wrażenie, jakby wolała być gdzieś indziej… Jednocześnie po seansie nie ulega wątpliwości, że choć Jack White jest mózgiem i twórcą, a Meg White – wydawać by się mogło, sterowanym przez niego automatem perkusyjnym, to oboje w równym stopniu definiują zespół i nadają mu rację bytu.

A zatem „Pod zorzą polarną” to zagadka: nie mówi wprost, co jest prawdą, a co fałszem, kontynuuje mit The White Stripes, każe się zastanawiać, gdzie kończy się gra, a zaczynają się prawdziwi ludzie… a jednocześnie – co nieco zbagatelizowałem w tej recenzji, ale nie należy o tym zapominać! – jest przecież (patrząc pod kątem czasu ekranowego: wręcz przede wszystkim) naprawdę solidnym filmem koncertowym, któremu nie brak prawdziwego kopa, a także teledyskiem obfitującym w udane, naprawdę ładne zdjęcia. Kto nigdy nie widział The White Stripes na żywo (a dotyczy to pewnie większości z nas), ten podczas seansu z pewnością poczuje namiastkę tych emocji. Czy można otwarcie powiedzieć, że dokumentowi brakuje tego „czegoś”? Nie wiem, na pozór owszem, ale może to właśnie jest konieczne, żeby The White Stripes pozostali The White Stripes? Mnie, fana zespołu, jak widać film skłonił do rozmyślań – to zawsze dobrze. A co przy tym rytmicznie pokiwałem głową, to moje.

Komentarz do artykułu “The White Stripes: pod zorzą polarną (The White Stripes: Under Great Northern Lights)”

  • Donia Agata pisze:

    Oj, też bym sobie chętnie na ten film popatrzyła i posłuchała. Czytając twoją recenzję, a w niej m.in. o relacjach między Jackiem a Meg miałam ciągle przed oczyma jedną z nowelek Jarmuscha z „Kawy i papierosów”, gdzie obydwoje grali główne role. Chodziło z grubsza o to, że Jackowi coś się popsuło w jakimś sprzęcie (chyba, bo już dobrze nie pamiętam), ile on sie nawymyślał i nafilozofował, żeby probelm rozwiązać, w końcu Meg intuicyjnie i na chłopski rozum – powiedziała to ma być tak i tak. Na co Jack, zamiast unieść ją pod niebiosa, zwinął żagle i wyszedł obrażony z kawiarni. Może w tym właśnie zawiera się cała kwintesencja ich związku, Mego siedzi cicho, Jack robi show, bo się do tego świetnie nadaje, jest showmenem, ale to ona w zaciszu domowym podpowiada jakie gagi i jakie chwyty trzeba zastosować, żeby ten organizm działał.
    Naprawdę jestem bardzo zachęcona i zaciekawiona tym dokumentem. Tak samo jak kiedyś o Metallice „Some Kind of Monster” – po którym do dziś zastanawiam się, ile w tym filmie było gry, pewnie 99,99%. Pewnie większość scen to była granie pod prawdę. Przecież nie można być na 100% prawdziwym występując przed kamerą.  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: The White Stripes: pod zorzą polarną
Oryginalny tytuł: The White Stripes: Under Great Northern Lights
Kraj: USA
Rok:
Oceń ten film na Filmaster.pl!