![]() |
![]() |
Odbiór filmów takich jak „Na gorąco” zawsze będzie ściśle uwarunkowany przekonaniami oglądającego. To nie do uniknięcia. W zależności od punktu widzenia obraz Briana De Palmy uznamy za porażający, oskarżycielski głos w sprawie wojny w Iraku albo za kawał wściekłej, manipulatorskiej propagandy. Jeden plus, że tutaj, w Polsce, do tego drugiego zestawu określeń nie dodamy przymiotnika „antyamerykański”. Czy możliwe jest obiektywne spojrzenie na to, co stworzył De Palma? Czy w ogóle obiektywizm w odbiorze ma sens, kiedy reżyser nie stwarza nawet pozorów, że sam się nań sili? „Na gorąco” (notabene to niezbyt udany polski tytuł, pomijający „redagowany” stosunek do prawdy, jeden z centralnych motywów filmu) to bezkompromisowy akt oskarżenia – a przecież prokurator nie ma obowiązku rozmyślania nad linią obrony.
De Palma dokonuje fabularyzowanej rekonstrukcji gwałtu na dziewczynce i morderstwa jej oraz jej rodziny, dokonanych przez amerykańskich żołnierzy w miejscowości Mahmudija. Zmienia miejsce akcji (bardzo znacząco osadzając ją w Samarrze), nazwiska i szczegóły, tworząc fikcję opartą na rzeczywistości, a w ten sposób sam również „redaguje” prawdę. Decyduje się na nowoczesne środki – nic, co widzimy na ekranie, nie zostało zarejestrowane okiem kamery filmowej pozostającej poza wydarzeniami; oglądamy więc materiały uchwycone amatorskimi kamerami przez uczestników akcji, kawałki rzekomego filmu dokumentalnego, fragmenty doniesień ekipy telewizyjnej, nagrania zamieszczone w Internecie, ujęcia zarejestrowane przez kamery monitoringu. Nie ukrywajmy: to trik mający nas zbliżyć do „prawdy”, lecz w rzeczywistości demonstrujący jedynie (owszem, przyznaję) zręczność reżysera w operowaniu takimi technikami. Numer obliczony na oryginalność i zwrócenie uwagi, ale „Na gorąco” nakręcone tradycyjnymi metodami nic by nie straciło… ani nie zyskało. Najważniejsza pozostaje treść: oto amerykański oddział pilnujący punktu kontrolnego, przez który przejeżdżają irackie samochody i przechodzą cywile, mieszanka ludzi wrażliwych i bezdusznych. Takich, którzy w wolnych chwilach czytają książki, i takich, którzy chcą „zabijać i pieprzyć”. „Dobrych” i „złych” żołnierzy. Kiedy sierżant ginie w wybuchu bomby, w tych drugich jakby coś pęka – choć krytyczny obserwator rzekłby pewnie, że od dawna tylko czekali na pretekst. W akcie zemsty urządzają sobie wycieczkę do jednego z domów miejscowej ludności. Ten „dobry” nie potrafi ich powstrzymać – ma przeciw nim tylko słowa, a słowa nie działają.
![]() |
![]() |
Chyba z tej właśnie przyczyny – że subtelne metody ponoć nie działają – De Palmy subtelność nie interesuje. Bohaterowie narysowani są grubymi kreskami. Tu nie ma miejsca na odcienie szarości. Ci zdemoralizowani są ze wszech miar obleśni, a ci wrażliwi mają serce na dłoni, aby widz potrafił się z nimi zidentyfikować, a reżyser zasygnalizował wyraźnie (i sądzę, że w swym przekonaniu szczerze), iż jego film nie jest „wrogi żołnierzom”. Z punktu widzenia zdystansowanego widza tu się właśnie wszystko rozsypuje: Brian De Palma stoi tam, gdzie Michael Moore, ale nie jest równie zdolnym manipulantem. Widzimy wyraźne szwy, nie kupujemy tej wersji jako autentycznej. Kiedy pod koniec kapral McCoy, sumienie filmu, przesłuchiwany jest przez iście orwellowską komisję wojskową, usiłującą przekonać go, że to, co się stało, wcale się nie stało, bo przecież on nic nie widział, ma się ochotę spytać: „Serio, panie De Palma? Naprawdę się panu wydaje, że zacieranie prawdy wygląda właśnie tak?”.
Ostatnie uderzenie reżyser zostawia na koniec: zamyka film pokazem autentycznych drastycznych fotografii z Iraku (choć – uwaga! – wymieszanych ze zdjęciami aktorów), ukazujących ofiary wśród ludności cywilnej. Może nie powinniśmy się obruszać; wszak zdjęcia te cyrkulują w Internecie, nie wspominając już o tym, że takimi obrazami wygrywa się World Press Photo. Jednak nie sposób nie zadać sobie pytania, czy Brian De Palma rzeczywiście bał się, że w samym filmie niedostatecznie wyraźnie wyłożył swój punkt widzenia, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że przez półtorej godziny nie oszczędził żadnych ciosów i nie pozostawił żadnych wątpliwości. Czy takie posunięcie da się usprawiedliwić z artystycznego punktu widzenia? Czy może chociaż retorycznego? Czy nic już nie znaczy stara zasada, że „mniej znaczy więcej”?
Świetnie zdaję sobie sprawę z przyczyn gniewu, który kazał De Palmie nakręcić „Na gorąco”. Świetnie rozumiem, że podziela go wielu ludzi – i że, biorąc pod uwagę straszne okoliczności, jest to gniew słuszny. Reżyser twierdzi, że wydarzenia takie jak to, które zainspirowało powstanie filmu, to wina samej wojny, która zmienia ludzi. Może, albo i na pewno. Dyskutując po premierze „The Hurt Locker: W pułapce wojny”, broniłem prawa Kathryn Bigelow do ukazania profesjonalistów przy pracy, choć przecież w Iraku zdarzają się także przypadki skrajnej niesubordynacji. Zatem nie mógłbym bez hipokryzji rozliczać De Palmy z ukazania przeciwnej strony medalu, nie mógłbym wymagać, by „dla równowagi” pokazał, że bywa też w porządku. Nie mógłbym podkreślać, że „to przecież tylko odosobnione przypadki”. Nie w tym rzecz. Głosy o brudnej stronie wojny są potrzebne, podobnie jak głosy przeciwko wojnie jako takiej. Pytanie tylko, czy ciosy nie bywają dotkliwsze, jeśli zadający je najpierw uspokoi gniew. „Na gorąco” warto obejrzeć jako jedno z filmowych stanowisk w sprawie Iraku – jest to wszak stanowisko mocne i bezkompromisowe, mimo niedostatków zapadające w pamięć. Ale jeśli De Palmie naprawdę czegoś tu zabrakło, to właśnie opanowania. Wszystkie inne wady są tylko konsekwencją.









Oceń ten film na Filmaster.pl!