Relacja z koncertu Mike’a Pattona – Mondo Cane

Kategoria: Era Nowe Horyzonty

W tym roku relację z festiwalu zacznę dość nietypowo, bo nie od wydarzenia filmowego, a muzycznego, które jedynie z przymrużeniem oka można potraktować jako mające coś wspólnego ze światem kina. Mondo Cane to najnowszy solowy projekt Mike’a Pattona, wokalisty Faith No More, znanego z szeregu innych, nierzadko niszowych i ciężkostrawnych dla niewyrobionych uszu projektów muzycznych, takich jak Fantomas, Mr. Bungle, Tomahawk czy Peeping Tom. Jego najnowsze dziecko jest efektem fascynacji muzyką włoską z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, którą zaprezentował w nowych aranżacjach, bogatych w tak charakterystyczne dla niego eksperymenty elektroniczne i wokalne. Sam tytuł albumu zaczerpnął z kontrowersyjnego włoskiego dokumentu z roku 1962, szokującego scenami uboju zwierząt oraz zarejestrowaną śmiercią uczestnika gonitwy byków i ludzi w Pampelunie. Oprócz tego z wiążących się z tym projektem odniesień czysto filmowych  mamy jeszcze utwór Ennio Morricone „Deep Down” z filmu „Danger: Diabolik”. I na tym w zasadzie się kończą filmowe konotacje. O wiele bardziej na miejscu – z perspektywy uczestnika festiwalu filmowego – byłby występ Fantomasa (płyta „The Director’s Cut” składała się w całości z fantastycznych coverów piosenek z klasyki kina, w większości z horrorów). No ale to tylko takie moje (długoletnie) marzenie, na razie niemożliwe do spełnienia, jako że projekt od dawna jest zawieszony. Na razie należy się cieszyć z tego co mamy. Pattona na żywo warto obejrzeć zawsze, choćby prezentował materiał The Kelly Family, a tym bardziej gdy mamy do czynienia z płytą taką jak „Mondo Cane”, która od chwili premiery często gości w moich odtwarzaczu.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że gdybym miał komuś polecić tylko jeden solowy projekt Pattona, wskazałbym właśnie ten, gdyż – jak na tego artystę – to materiał zaskakująco przystępny, bynajmniej jednak nie banalny. Wciąż jest to Patton, jakiego lubię, szaleństwo czai się cały czas tuż pod powierzchnią, ale przy tym całość jest niezwykle kunsztowna, wysmakowana, zrobiona z klasycznym stylem i wdziękiem, takie swoiste rockowo-popowe glamour. I taki był też koncert na wrocławskiej Wyspie Słodowej. Artysta wystąpił z zespołem składającym się z siedmiu muzyków Mondo Cane, trzyosobowego chóru oraz dwunastu muzyków wrocławskiej The Film Harmony Orchestra. Obyło się bez niespodzianek repertuarowych, kto jest osłuchany z płytą studyjną, ten mniej więcej wiedział, czego się spodziewać i w jakiej formie. Nie było tu miejsca na ekstrawagancję ponad normę wyznaczoną w albumie. Patton wszedł na scenę, odegrał cały repertuar, wykonał obowiązkowy bis, podziękował publice i uciekł za kulisy. Podczas samego koncertu również nie wdawał się w specjalną interakcję z publicznością – pierwsze dłuższe zdanie wypowiedział po około 40 minutach występu, jakieś gesty zachęcające do klaskania zaprezentował jeszcze później. Inna sprawa, że taka postawa mogła wynikać ze specyfiki prezentowanego materiału. To nie żywioł Faith No More, tutaj brak miejsca na przesadny wybuch adrenaliny (co nie oznacza, że nie pojawiło się kilka momentów, w których dochodziła do głosu rockowa dusza artysty), a piosenki w całości śpiewane po włosku mogłyby się gryźć z poprzedzającymi je dialogami z publicznością po angielsku. Cały projekt ma swoje pewne „sztywne” stylistyczne ramy, poza które artysta ewidentnie nie chciał wychodzić. Z jednej strony to zrozumiałe, z drugiej trochę żal braku większej interakcji z publicznością.

Powyższe narzekania to jednak szukanie dziury w całym. Koncert od strony muzycznej był perfekcyjny, zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i wokalnej. Patton jest fenomenalnym piosenkarzem o dużej skali głosu, umiejętności panowania nad nim i ogromnym talencie artystycznym, co zostało udowodnione podczas występu. Nieważne, czy pozwalał sobie na wybuchy energii w co ostrzejszych partiach, czy akurat spoczywał na stołku w lirycznym kawałkach – cały czas niezawodnie panował nad budowaniem atmosfery, kreując ją i wznosząc na różne poziomy, chwilami bawiąc się z oczekiwaniami publiki (rozpoczynając utwory niezwykle spokojnie, siadając na krzesełku, czym powodował małe wybuchy śmiechu, by w trakcie zerwać się na nogi i podbić tempo utworu). Cóż więcej mogę powiedzieć? Zachęcam do zapoznania się z płytą Mondo Cane i wyszukanie innych występów tego projektu na YouTube, żeby „posmakować” trochę Pattona na żywo.



Komentarze (6) do artykułu “Relacja z koncertu Mike’a Pattona – Mondo Cane”

  • violino pisze:

    W koncercie udział wzięło 12 muzyków z wrocławskiej The Film Harmony Orchestra, a nie z Orkiestry Filharmonicznej  Cytuj

  • night_caller pisze:

    Mógłby jednak troszkę jeszcze się odezwać do publiki:) Podczas tego koncertu z Metropole Orchestra z 2008 r.żywiej było, że tak powiem:) Chórki bardziej wyraźne no i ta trąbka:)Ale poza tym było fajnie. Dzięki za relację:)  Cytuj

  • ateuszka pisze:

    Dziękuję, że ktoś to zauważył. W Amsterdamie sobie z publiką swawolnie poczynał, a tu kompletnie nic. Wszedł, zaśpiewał, zszedł. Przykre nieco. Za to wykonanie STORIA D’AMORE ….niesamowite! Dzikie i wybuchowe. Warto było 8h w obleśnym pociągu się tłuc by to usłyszeć.  Cytuj

  • Bzyku pisze:

    hm… Mike, po prostu nie bawi się tak dobrze z Mondo Cane, jak z innymi swoimi projektami. Nie martwicie się. Przejdzie mu i będziemy go znowu oglądać w żywiole nieludzkich dźwięków i galopu po scenie. Nie umniejszając nikomu bardzo fajny koncert, ale….jeżeli coś dusi tego diabła w Mike’u i nie pozwala mu wyjść na zewnątrz, to nie jest dobrze. Mike wracaj i zostaw te włoskie romanse !!! Rzeczywiście trąbka robi sporo dla tego grania i szkoda, że jej na wyspie słodowej zabrakło. Pozdrawiam.  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)