Dzień, w którym Bóg odszedł (Le jour où Dieu est parti en voyage)

Kategoria: Era Nowe Horyzonty

O tragedii wojny i ludobójstwa można opowiedzieć w kinie na wiele sposobów: oskarżycielsko, spektakularnie, refleksyjnie, dokumentalnie. Można też zrobić to tak, jak belgijski operator Philippe Van Leuw w swym reżyserskim debiucie, „Dzień, w którym Bóg odszedł” – najbardziej kameralnie, indywidualnie i, mimo absolutnego braku komentarza, emocjonalnie, jak to możliwe. Jacqueline to młoda Tutsi, matka dwojga dzieci, pracująca u belgijskiego małżeństwa jako gospodyni i opiekunka. Gdy Hutu zbliżają się do miejscowości, a Europejczycy zostają ewakuowani, jej samej pozostaje schronienie na strychu domu dawnych pracodawców. Dobrze ukryta może tylko słuchać odgłosów horroru, który rozgrywa się w budynku i w okolicy. Gdy następnego dnia postanawia wyjść, by szukać dzieci – i odnajduje ich ciała w domu, w którym jeszcze niedawno mieszkała – pozostaje tylko przetrwanie. Kryje się w lesie, tam unika prześladowców, spotyka rannego pobratymca, któremu pomaga dojść do siebie, lecz im bardziej on odzyskuje siły, tym bardziej Jacqueline pogrąża się w swym stuporze.

Z ironią można by stwierdzić, że „Dzień, w którym Bóg odszedł” perfekcyjnie wpisuje się w słynny już nowohoryzontowy gatunek „filmów o chodzeniu po lesie”. Tylko że tym razem nie ma przecież miejsca na ironię. Tu nie chodzi o metafizykę, transcendencję, poezję czy celebrację codzienności. Van Leuw na naszych oczach dokonuje wiwisekcji kobiety, która straciła wszystko; przetrwała, jej ciało żyje, ale serce zginęło wraz z dziećmi, a mózg, funkcjonujący już bardziej według zwierzęcych, a nie ludzkich kryteriów, pogrąża się w nieuniknionym obłędzie. Od chwili tragedii Jacqueline nie odzywa się praktycznie ani słowem. Milczy uparcie nawet wówczas, gdy ranny mężczyzna usiłuje nawiązać z nią zwykły, ludzki kontakt. Mogłoby się wydawać, że tych dwoje, którzy znaleźli się pozornie w takiej samej sytuacji, powinno znaleźć wspólny język. Ale on wciąż chce żyć; ona tylko egzystuje. On nie zna losu swej żony i trójki dzieci. Widz z łatwością może założyć, że spotkał ich najstraszniejszy los, lecz może właśnie w tym tkwi cała różnica: niewiedza pozwala mieć nadzieję mimo wszystko, a nadzieja daje powód, by chwytać się życia. Jacqueline, która trzymała w ramionach martwe ciała swych dzieci, nie ma już żadnej nadziei. Przez półtorej godziny filmu oglądamy właściwie jej agonię.

Van Leuw zdecydował się na swoistą metonimię: pokazuje koszmar ludobójstwa w Ruandzie przez pryzmat osobistej tragedii jednej kobiety. Samo ludobójstwo pozostaje gdzieś na dalekim marginesie: w postaci dźwięków (przejmująca scena, gdy Jacqueline kryje się na strychu), przechwałek zbirów o tym, kogo to nie zgwałcili i nie posiekali, wreszcie samej świadomości widza o tym, czego dotyczy film. Dość powiedzieć, że dosłowna tragedia dzieje się poza kadrem. Nawet sami Hutu pojawiają się tylko chwilowo, jakby na dalszym planie. W centrum pozostaje bohaterka i jej niema rozpacz wymalowana na twarzy (w tym miejscu należy odnotować poruszającą rolę debiutantki, ruandyjskiej piosenkarki Ruth Nirere). Koncentrując się tak dalece na jej portrecie psychologicznym, reżyser osiągnął – nie wiem, czy celowo, czy też mimochodem – coś jeszcze: „Dzień, w którym Bóg odszedł” jest nie tylko świadectwem konkretnej tragedii w Ruandzie, ale także uniwersalnym obrazem matki, którą wraz z dziećmi pozbawiono człowieczeństwa i celu egzystencji.

Nie można nie nadmienić, że Van Leuw – co nieuniknione – przyjmuje trochę postawę outsidera. Brak tutaj głębi spojrzenia, na jakie być może zdobyłby się tylko afrykański twórca. Początek akcji jest autentyczny: znajomi reżysera, uciekając z Ruandy w 1992 roku, ukryli na strychu nianię swoich dzieci, Jacqueline. Jej los nie jest znany. Obraz Belga, jako fikcyjna rekonstrukcja dziejów tej młodej kobiety, wpisuje się zatem poniekąd w nurt „białej winy”. Zresztą sam tytuł – przyznajmy, niepotrzebnie pretensjonalny i bombastyczny w zderzeniu z minimalistyczną formą samego filmu – sugeruje taki wydźwięk. Wszystko to jednak nie przesłania zalet debiutu Philippe’a Van Leuwa zarówno w wymiarze uniwersalnym, jak i szczegółowym. Być może mam słabość do tego typu kina, ale ten obraz chyba zapamiętam.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Dzień, w którym Bóg odszedł
Oryginalny tytuł: Le jour où Dieu est parti en voyage
Kraj: Belgia
Francja
Francja
Belgia
Rok:
Reżyseria:

Oceń ten film na Filmaster.pl!