
„Ile za ile” to zgrabna i stylowa opowieść o tym, że pieniądze szczęścia nie dają. Owszem, prawda to banalna, ale Reha Erdem ubiera swój moralitet w elegancko skrojone szaty, a dzięki zręcznej reżyserii i przemyślanemu scenariuszowi oglądamy rozwój wypadków z zaciekawieniem, a nawet napięciem, choć akcja jest raczej niespieszna.
Bohater, Selim, to mężczyzna w średnim wieku, skromny właściciel małego sklepu z męskimi koszulami, facet wręcz do bólu uczciwy. Cóż za pech, że właśnie on znajduje w walizce teczkę pełną dolarów, które – jak się później okazuje – pewien nieuczciwy bankier zwinął z własnego miejsca pracy. Opisy filmu podkreślają, że to zawiązanie akcji niczym z filmów gangsterskich, chociaż mnie, zwłaszcza w świetle późniejszych toku wydarzeń, skojarzyło się raczej z braćmi Coen (chociaż proszę nie traktować tego porównania zbyt dosłownie!). Od tej chwili oglądamy zmagania Naprawdę Dobrego Człowieka z własnym sumieniem. Nie chce tych pieniędzy, przekłada je z miejsca na miejsce, nikomu o nich nie mówi… ale jak o nich zapomnieć, skoro w tym świecie nikt nie mówi o niczym innym niż mamona? Rzeczywiście, dialogi w „Ile za ile” na wszelkie możliwe sposoby obracają się wokół pieniędzy: ten chce podwyżki, tamten jałmużny, ktoś inny zniżki, tutaj mowa o kredycie, tam o świetnym interesie z antykami, tu o zarabianiu, tam o wydawaniu. Nic więc dziwnego, że w materialnym świecie wykreowanym przez Erdema Selim ulega pokusie. Najpierw wymienia w kantorze jeden banknot, potem dwa, a potem już tylko coraz więcej. Jednocześnie popada w coraz większą paranoję (ryzyka, że go nakryją, wypatruje w nawet najbardziej absurdalnych sytuacjach) i coraz bardziej się stacza. Choć finału tej historii – a zwłaszcza udziału w nim jednej z wciąż przewijających się postaci – możemy się domyślić, to umiejętnie odegrana puenta mimo wszystko zaskakuje.
„Ile za ile” naturalnie nie jest filmem skłaniającym do refleksji czy niedającym spokoju po wyjściu z seansu. Mimo iż całej opowieści przyświeca gorzka myśl, a rozwój wypadków jest jednoznacznie niewesoły, w gruncie rzeczy mamy do czynienia z kinem lekkim, którego największą zaletą jest właśnie bardzo przemyślany scenariusz – inteligentny, niepozbawiony zwrotów akcji, a nade wszystko zwarty i wolny od zbędnych elementów. Jeśli dodać do tego sprawną realizację, ładne zdjęcia Stambułu w ciepłej tonacji, atrakcyjnie dobraną muzykę i dobre aktorstwo, otrzymamy film udany, niegłupi, choć (przecież to żaden zarzut!) mainstreamowy i niezbyt ciężki.





Oceń ten film na Filmaster.pl!