Zły porucznik (Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans)

Kategoria: Era Nowe Horyzonty

„Złego porucznika” z Harveyem Keitelem nie widziałem, więc można powiedzieć, że jestem w tej samej sytuacji co (rzekomo) Werner Herzog, który stwierdził, że nawet nie wie, kto to jest Abel Ferrara. To tak tytułem wstępu, choć obraz niemieckiego reżysera tak czy siak egzystuje we własnym świecie. W świecie, w którym kryminał nie jest tym, czym się wydaje. Niełatwo zdecydować, z której strony w ogóle ugryźć ten film, ale jedno jest pewne: „Zły porucznik” to zły sen fana prawdziwego (czytaj: poważnego) kina policyjnego. Herzoga interesuje wszystko, ale na pewno nie śledztwo, nie intryga kryminalna, nie następstwo faktów, nie pościgi, nie strzelaniny, nie napięcie, nie dramaturgia. Sęk w tym, że niewyrobiony widz z łatwością to przeoczy. Reżyser kpi sobie z konwencji dramatu policyjnego, ale nie jest przecież pierwszym lepszym parodystą; klasyczny sztafaż i staranność formalna od pierwszych minut każą wierzyć, że to widowisko na serio. I tylko czasem – a potem coraz częściej – dziwaczne dialogi, przerysowane aktorstwo i kuriozalne zwroty akcji zmuszają do rewizji założeń. Wreszcie (dla jednego wcześniej, dla innego później, choć czasami nigdy – niektórzy do końca będą myśleć, że wysiedzieli dwie godziny na wyjątkowo nieudolnie zrobionym filmidle) przychodzi taki moment, gdy przestajemy zadawać sobie pytanie, czy my to wszystko oglądamy naprawdę. Dociera do nas, że Herzog igra z widzem, a oprócz przenicowania kryminalnej konwencji zależy mu przede wszystkim na wykreowaniu surrealistycznego, dusznego, narkotycznego klimatu jakby wyjętego wprost z umysłu odurzonego bohatera Nicolasa Cage’a. Wyimaginowane iguany, widoki z perspektywy krokodyla i dusza gangstera tańcząca breakdance to tylko wisienka na torcie.

No właśnie, Nicolas Cage i jego bohater. To on jest w centrum tego cyrku – brutalny, nieuczciwy, choć oddany sprawie, działający na dwa fronty, zgięty w pół, pogrążony w narkotykowym nałogu, tonący w długach, zakochany (z wzajemnością) w luksusowej prostytutce porucznik. Nie taki znowu zły, jak dyktowałby tytuł, ale na pewno wkurzony i nieuporządkowany pod sufitem. Powiedzieć, że to postać przerysowana, to nic nie powiedzieć. Tercet scenarzysta-reżyser-aktor zdaje się testować granice wytrzymałości materiału: co jeszcze mógłby zrobić policjant, by jego surrealistyczne zepsucie było bardziej kompletne? Okazuje się, że dużo. A w tym wszystkim Cage aktorsko dostosowuje się do reszty widowiska: wcale nie tak łatwo stwierdzić, czy jest w swej roli fatalny, czy też właśnie świetny. Czy ta zbolała mina (zresztą poniekąd „firmowa”), te wściekle wybałuszone gały, te werbalne wybuchy – to tak na poważnie czy raczej farsa? I dalej: skoro jednak farsa, to czemu w przeróżnych „Ghost Riderach” czy „Ostatnich zleceniach” Cage niemal równie kuriozalnie gra na serio? Czy sztukę autoparodii można wznieść na taki poziom? Cóż, może i można.

„Zły porucznik” Herzoga wymyka się klasyfikacjom. To „film o niczym”, antykino policyjne, nieskrępowana impresja, niepodporządkowana żadnym regułom fabularnym (przecież tu nic się nie trzyma kupy, a w końcu i tak wszystko załatwia sekwencja prześmiewczych deus ex machina), trochę taka radosna jazda bez trzymanki, której elementy zdają się dobrane, „bo tak”. W trakcie seansu i bezpośrednio po nim nie byłem wcale pewien, czy podobało mi się to, co zobaczyłem. Choć z góry świetnie sobie zdawałem sprawę, że to nie jest „zwykły film”, to i tak reżyser załatwił mnie jako widza i moje oczekiwania na cacy. Teraz jednak przychodzi refleksja: w tym szaleństwie naprawdę jest metoda! „Zły porucznik” jako dzieło przypomina jedną ze swych bardziej kuriozalnych scen: to gwałt na kryminale, odbywający się za przyzwoleniem ofiary (sprzeczność w pełni zamierzona), dokonany na oczach widza, a Herzog mierzy w widza z rewolweru i krzyczy: „Patrz, jak rżnę twoją dziewczynę!”. Rzecz w tym, że kiedy już minie zmieszanie, jako ów obserwator możemy się poczuć całkiem nieźle. Chociaż wciąż nie będziemy potrafili wytłumaczyć, dlaczego to wszystko się stało.

Komentarze (3) do artykułu “Zły porucznik (Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans)”

  • D'mooN pisze:

    Znakomita recenzja. Mogę podpisać się pod każdym zdaniem – po seansie wszystko ułożyło mi się w podobny wzór.  Cytuj

  • iguansa pisze:

    a z perspektywy iguany wygląda to zwyczajnie prosto, cel uświęca środki coś zreszta podobnego Nicolas na początku stwierdził, nieważne jak ale liczy się w konsekwencji cel. Tak wygląda życie przeciętnego człowieka, każdy poświęca coś w imię czegoś. im wyzsze stanowisko tym większa cena.. Po prostu:) bez większej filozofii kozaku  Cytuj

  • dreamadviser pisze:

    Nie widziałam jeszcze filmu z Cagem, ale gorąco polecam „Złego porucznika” z 1992 roku z Harveyem Keitelem. Genialny i głęboko poruszający. (Sądząc z reakcji, odnoszę wrażenie, że, choć tytuł ten sam i treść pewnie zbliżona, są to niejako dwa rożne filmy.)  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Zły porucznik
Oryginalny tytuł: Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans
Kraj: USA
Rok:
Reżyseria:
Oceń ten film na Filmaster.pl!