Pewnego wieczoru, wkrótce po premierze DVD filmu „The Hurt Locker. W pułapce wojny”, zagaiłem do Kolesia na Gadu Gadu, mając w pamięci drugą część jego opracowania na temat sezonu nagród filmowych 2009, w której w entuzjastycznych słowach chwalił dzieło Kathryn Bigelow, jednego z głównych kandydatów do tegorocznych Oscarów. Film podobał mi się, może nawet bardzo, ale coś mi zgrzytało… Nasz swobodny internetowy czat prędko nabrał kolorów i uzmysłowiłem sobie, że to całkiem ciekawy materiał do publikacji. Zarchiwizowałem rozmowę, a w końcu zredagowałem ją i nadałem zgrabny kształt. Niemniej to, co za chwilę przeczytacie, w gruncie rzeczy jest właśnie rejestracją owej żywej, trwającej ponad pół godziny dyskusji. Nie rozebraliśmy bynajmniej filmu Bigelow na czynniki pierwsze – za to chyba dotknęliśmy sedna tego dzieła. Przed Wami Koleś i Negrin „na spontanie”.
Uwaga! Dyskusja zdradza istotne elementy fabuły filmu.
Negrin: Ty naprawdę tym filmem aż tak się jarasz? „Perełka”, teges, szmeges…
Koleś: Yup.
Negrin: Przesadzasz.
Koleś: Nope.
Negrin: On przede wszystkim jest taki sobie fabularnie. Mało wiarygodne postacie ujdą w „Avatarze”, ale w filmie udającym realistyczny to już zonk.
Koleś: Nie o to w nim chodzi. To trochę jakbyś powiedział, że „Koyaanisqatsi” jest taki sobie fabularnie. Wiem, jadę po bandzie, ale coś w tym jednak jest.
Negrin: Ok, źle powiedziałem. Nie fabularnie – scenariuszowo, bo fabuła okej.
Koleś: Fabuły jako takiej nie ma. I ja z tym nie mam problemu.
Negrin: Owszem. Właśnie w tym sensie jest okej. Ale ja mam problem z bohaterem-kowbojem. Im więcej czasu mija od seansu, tym bardziej mnie wkurza.
Koleś: Kowboj kowbojem, masz z nim problem, bo nie dopuszczasz możliwości istnienia takiej postaci w rzeczywistości.
Negrin: Rzeczywiście nie dopuszczam – i nie chodzi o to, że wyleciałby w powietrze, ale dostałby siedemnaście razy w dupę od przełożonych. To jest wojsko, a nie G.I. Joe.
Koleś: „W prawdziwym Iraku, w prawdziwej armii takie coś byłoby po prostu niemożliwe”, tak?
Negrin: Coś na tę modłę.
Koleś: No widzisz, dla mnie to nie jest argument. Bo w filmie nie chodziło o to, aby być wiernym realiom, które są w sumie tylko punktem wyjścia. A nie przeszkadza ci fakt, że grupa saperska całkiem nieźle radzi sobie z bronią snajperską?
Negrin: Przeszkadza, choć nieco mniej.
Koleś: Czemu mniej? Powinno w tym samym stopniu. Dla mnie to równie nierealne jak „kowboj”.
Negrin: Bo saperem jest tylko bohater Rennera. Tamci goście to obstawa. Rangersi, jeśli dobrze pamiętam, prawda? Mogę więc założyć (choć faktycznie nie wiem na pewno), że mieli szkolenia z bronią snajperską.
Koleś: To czemu obstawa i saper pakują się tylko w trójkę do budynku, gdzie znajdują rozbebeszonego chłopca, skoro dookoła najwyraźniej są dziesiątki amerykańskich chłopców? Mogłoby ich tam trochę więcej wejść do zabezpieczenia budynku, ale ci lecą we trójkę, a reszta czeka na zewnątrz.
Negrin: Tutaj po prostu nie wiem, jaka jest procedura przy oczyszczaniu budynków. Chyba całym tabunem nie włażą.
Koleś: Czemu nie? Bezpieczniej i szybciej.
Negrin: Rany, nie wiem – pytaj taktyków. Jeśli faktycznie w rzeczywistości inaczej to się robi, to jest niefajnie, bo równie dobrze scenarzysta (albo reżyserka) mogli się dopytać speców. Ale ja jako widz mogłem założyć, że „taka jest procedura”. (Dlaczego? Jeden mój strzał: może po to, żeby w razie czego cała drużyna nie stała się ofiarą zasadzki). Podobnie jak ze snajperką – „może mieli szkolenia”.
Koleś: Generalnie to gadamy o smaku fistaszków, a powinniśmy o słoniu. Bo, jak rozumiem, nie dopuszczasz możliwości, że film funkcjonuje trochę na innym poziomie niż pseudodokument? W sensie, że wszystko, co oglądamy, ma niemal w stu procentach odzwierciedlać rzeczywistość?
Negrin: Nie, to nie tak. Raczej: że tu jest pomieszanie.
Koleś: Według mnie wcale nie.
Negrin: Film „udaje”, że wszystko jest tip top realistyczne.
Koleś: Skoro udaje, to czemu ci przeszkadza, że w tym udawaniu nie przejmuje się rzeczami bardzo mało istotnymi?
Negrin: Nie ma „sygnałów”, że stylizacja, że umowność, że cokolwiek. Wiesz, co mam na myśli.
Koleś: „Udaje”, tak? Ale po co? Po to, żeby było realistycznie? Tylko po to?
Negrin: Żeby dać widzowi wrażenie, że „tak to jest”.
Koleś: Oj nie, nie, nie. W filmie przecież wcale nie chodzi o „tak to jest”. Według mnie surowa stylizacja wcale nie narzuca tego, że wszystkie inne elementy muszą być realistyczne. Ja wiem, że to nie jest nadrzędny cel filmu. To nie „Szeregowiec Ryan”.
Negrin: Wiem – powiedziałem, że to nie jest nadrzędny cel.
Koleś: To nawet nie jest podrzędny cel. To, o czym mówisz, to nie jest: „tak to jest być saperem w Iraku”. To, o czym mówisz, to: „tak to jest, gdy nie wiesz, kiedy umrzesz”.
Negrin: Jeśli chodzi o przekaz, że „wojna to narkotyk”, i wszystko co się z tym wiąże, to musimy mieć autentyczną wojnę. A przede wszystkim: ten bohater musi być autentyczny. Niech sobie szczegóły działań (strzały ze snajperki, oddziały w budynkach) będą niedorobione – choć w zasadzie nie ma powodu, żeby były. Ale niech. Natomiast po co przerysowywać bohatera?
Koleś: Moim kryterium autentyczności wojny jest niespodziewana, gwałtowna, brutalna lub powolna i bolesna śmierć. Jeżeli mam to, to mam wojnę.
Negrin: Okej, ale co z kowbojem? Jeśli nie wierzę, że tak by się zachowywał, to jednak jest coś nie tak.
Koleś: Po pierwsze, kowboj to lekkie uproszczenie.
Negrin: No właśnie. A film jest o wpływie wojny na psychikę. Czyli – naciągając – to film „psychologiczny”.
Koleś: Nie wierzysz, że się tak zachowuje, bo punkt wyjściowy twoich rozważań jest taki, że gadamy o Iraku. A nie o zjawisku, jakim jest wojna.
Negrin: Ale Irak czy nie Irak – to nie jest film Camerona. A ten bohater jest za bardzo cool, za bardzo filmowy w tej swojej nonszalancji. Niech sobie będzie nonszalancki, ale…
Koleś: Czy wojna nie może doprowadzić człowieka do sytuacji, w której nie zależy mu na swoim życiu?
Negrin: Nie w tym rzecz, że mu nie zależy – ja do tego nic nie mam.
Koleś: Gdybym ja rozbroił 873 bomby, też bym uważał, że jestem nietykalny, że wojna to mój żywioł, że śmierć jest mi obca.
Negrin: To jest sens filmu. Ale niekoniecznie wierzę, że na prawdziwej wojnie uchowa się taki „badassowy” kozak. Jeszcze tylko cygaro w gębę i parę one-linerów mu dodać i jesteśmy w innym filmie.
Koleś: Oj nie, zupełnie nie ta para kaloszy. To postać w sumie tragiczna. W tej swojej nietykalności jest sam.
Negrin: Oczywiście mówię o wcześniejszych scenach rozbrajania bomb, a nie o części późniejszej, kiedy się angażuje i coś tam przeżywa.
Koleś: No słuchaj, jasne, że bohater musi przejść jakąś przemianę. Mówisz, że kowboj. Ja mówię, że człowiek, który nie boi się śmierci, jest ponad to.
Negrin: Mówię, że komuś w pisaniu tej postaci zabrakło subtelności. Nie jestem scenarzystą, więc nie powiem: o tu, tu i tu trzeba było zmienić to i to. Ale oczyma wyobraźni widzę postać taką samą („śmierć się mnie nie ima”), ale narysowaną lżejszą kreską.
Koleś: A co jest mało subtelne? Przecież to też nie jest samo „śmierć się mnie nie ima”. Facet ma śmierć na karku przy sobie. Codziennie. Za każdym razem, jak zakłada kostium.
Negrin: Oczywiście, to akurat czuję. Nie mówię przecież, że to zły film. Podobał mi się, ale ta „perełka”…
Koleś: Rozumiem, ale nie zgadzam się i ciągle uważam, że twoja opinia jest spowodowana patrzeniem na film jak na reality show o wojsku.
Negrin: Albo tym, albo chęcią, żeby z „dobry” stał się „świetny”, i właśnie tego zabrakło.
Koleś: „W prawdziwym wojsku nie ma takich kozaków”– zgoda, ale to nie jest film o prawdziwym wojsku.
Negrin: No to o czym jest? I dlaczego udaje, że jest o prawdziwym?
Koleś: To jest film o prawdziwej wojnie, nie tej jednej konkretnej, ale tej „prawdziwej”. Bo co jest istotą wojny? Na „prawdziwej” wojnie śmierć przez cały czas jest bardzo blisko i tylko od żołnierza zależy, jak się do tego ustosunkuje.
Negrin: Jasne – ale na „prawdziwej” wojnie jest „prawdziwe” wojsko, prawda?
Koleś: Co to jest „prawdziwe” wojsko? Czy „prawdziwym” wojskiem nie może być grupa pijanych średniowiecznych wieśniaków?
Negrin: To ty pierwszy przyznałeś, że „w prawdziwym wojsku nie ma takich kozaków” – i teraz mnie pytasz?
Koleś: W prawdziwym irackim, a nie w „prawdziwym” wojennym. Wojna to wojna. Struktury dowodzenia i obyczaje się zmieniają, nawet teraz w różnych armiach są inne, ale od wieków jeden wyznacznik wojny jest taki sam: jak jesteś żołnierzem, możesz zginąć w każdej chwili.
Negrin: Zaraz. „The Hurt Locker” mówi, było nie było, o współczesnej wojnie. Nawet jeśli nie tylko irackiej, to na pewno dzisiejszej, a nie tej średniowiecznej, ani nawet, myślę, późniejszej. Więc siłą rzeczy mówimy o współczesnym, profesjonalnym wojsku. Choćby z zasadniczego powodu: dawno temu nieprofesjonalista nie uzależniłby się tak jak bohater Rennera.
Koleś: Moim zdaniem nie masz racji, moim zdaniem to jest ciągle punkt wyjścia. Zresztą czym się różni trzymanie części bomb pod łóżkiem od wycinania kresek na maczudze albo trzymania skalpów Indian przy pasie? Czy tamte wojny nie mogły uzależniać? Myślę, że jeszcze bardziej. Profesjonalista profesjonalistą – kiedyś „profesjonalistą” był po prostu największy i najsilniejszy gość.
Negrin: Ale potem wracał do domu i nie szedł na drugą turę, bo wojna się skończyła i następna mogła być wtedy, kiedy ją król ogłosił. Wiem, co chcesz powiedzieć, ale wciąż mam wrażenie, że tak daleko idące uogólnienie to jednak indywidualna interpretacja nieco „obok” filmu. Nie mówię, że nie ma sensu – bo ma, a najważniejsze, co robi kino, to inspirowanie do rozmyślań – ale wciąż czuję się oszukany tym, że „nierealizm” szmugluje się tutaj bocznym wejściem.
Koleś: Wkleję ci coś, co może cie przekonać: http://pl.wikipedia.org/wiki/Daniel_Daly
Negrin: Ok, no i? Pewnie chodzi ci o to „chcecie żyć wiecznie?”…
Koleś: Też. Ale Daly także wrócił na „drugą turę”. W zabijaniu i radzeniu sobie z widmem śmierci też nie miał raczej problemu. Tak że nie wydaje mi się, żeby postać na pozór oświeconego, a tak na prawdę zwichniętego żołnierza powinna dziwić.
Negrin: Oj, dobrze, rozumiem. Chyba za bardzo się w takim razie uczepiliśmy tego mojego stwierdzenia, że dawne wojny to ZUPEŁNIE inna bajka. Nie. Co więcej, chociaż o Dalym wcześniej nie słyszałem, to równie dobrze mogę sobie wyobrazić film o nim, gdzie byłby od początku do końca wiarygodną psychologicznie postacią, jak i taki, w którym zbudowany jest na tym jednym bardzo filmowym haśle.
Koleś: Pytanie, czy Daly mógł się zachowywać podczas pierwszej wojny światowej tak, jak Renner po rozbrojeniu 873 bomb. Może nawet nie tyle zachowywać, bo czasy inne, ale mieć podobny stosunek do wojny. „873, to musi być jakiś rekord”. Dwustu bokserów jednej nocy, to jakiś pieprzony rekord!
Negrin: Nie wiem, stosunek – pewnie tak. Ale chyba jednak się mijamy troszkę. Ja nie podważam tego, JAK się zachowywał, tylko – JAK został przedstawiony filmowo.
Koleś: Ok, idę spać.
Negrin: A konkluzja?!
Koleś: Nie ma, No Country for Konkluzja, żyj z tym.
Postscriptum: Wczoraj zafundowałem sobie drugi seans „The Hurt Locker”. Miałem w pamięci wiele z tego, co mówił Koleś. I… chyba dałem się przekonać. Chyba rzeczywiście ten film o tym właśnie jest. Nawet ten kowboj wydał mi się tym razem jakiś taki w miarę wiarygodny. I tylko ten wyolbrzymiony rekord, który krytykują prawdziwi saperzy…











hehe, fajna rozmowa – początek rządzi :D MefistoCytuj
Ja też zafundowałam sobie drugi seans i… straciłam przekonanie. Po pierwszym razie czepiałam się filmu ‘ideologicznie’, potem dałam się, m.in. Kolesiowi, przekonać w dyskusjach, że przesadzam, że w złym miejscu szukałam przesłania. Zachwycałam się jednak realizacją filmu i to pod każdym względem. Dopiero przy drugim seansie zwróciłam uwagę na pewne naciągane elementy, dokładnie wskazane powyżej, jak np. ‘kwestia snajperska’, ale największe moje zarzuty dotyczą teraz jednak wspomnianej przez Negrina fabuły. To że je nie ma praktycznie, to raz i nie przekonuje mnie twierdzenie, że forma jest tutaj poniekąd treścią. Ważniejsze, że kiedy nie robi już aż takiego wrażenia te kilka znakomitych, pojedynczych scen (otwarcie rządzi!), całość zaczęła mnie zwyczajnie nudzić, całą resztę miałam ochotę przewijać. AnirulCytuj
No cóż, nikt nie obiecywał łatwego i gładkiego oglądania. Dla mnie „brak fabuly”, który jest raczej brakiem konstrukcji i narracji, do której widz jest na co dzień przyzwyczajony, to ogromna zaleta filmu. Właśnie przez to nie pozwalał się oglądać po prostu jak spektakl, widowisko czy opowiadanie. I właśnie przez to forma jest do pewnego treścią, oczywiście nie dosłownie. Styl narracyjny filmu zwraca na siebie uwagę, wystaje i jest świadomie odbierany przez co trudniej się przez niego przebić, ale o to chodzi (moim zdaniem). Zastanawiam się jak by film wyglądał gdyby był „normalnie” poprowadzony, w sposób jaki jest dla nas „tradycyjny”. Mogłoby się okazać, że wtedy historia w takim ujęciu jest zbyt banalna, zbyt sztampowa, zbyt sensacyjna. Moim zdaniem Bigelow i Boal o tym wiedzieli, stąd The Hurt Locker wygląda jak wygląda. KoleśCytuj
A ja powiem, że za drugim razem podobało mi się bardziej niż za pierwszym. Piszę o tym w postscriptum – ale dodam jeszcze to, że jestem pełen uznania dla Bigelow za coś, co uważam (nie tylko w tym filmie) za przejaw magii kina: choć w każdej z emocjonujących scen znałem już ciąg dalszy, emocjonowałem się bodaj równie mocno co za pierwszym razem. Chyba nawet bardziej niż przy pierwszym seansie łapałem się na przysłowiowym „zapartym tchu”. Ot, co :) NegrinCytuj
w odpowiedzi Kolesia, po wrzuceniu linku z Dalym, jest literówka z „naprawdę”. {poprawcie i usuńcie}
zobacze film to sie bede wypowiadal… kjukadufCytuj
faktycznie trafna recenzja. No, ale film zaczyna się od tego motta, że wojna to narkotyk.
ale bo ja wiem czy to film „oskarowy”?
trzyma w napięciu, ciekawy, wciąga, ale chyba ten rok byl słaby, jeśli chodzi o filmy. Troche polityki bylo w tych oskarach… kjukadufCytuj