![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Uwaga! Dyskusja zdradza istotne elementy fabuły filmów “Łowca” i “Miami Vice”.
Czytaj pierwszą część dyskusji…
massif: …I takie właśnie podejście do tematu wyczuwa się przez niemal cały film. „Manhunter” nie sili się na widowiskowość czy dynamikę. Jest spójny w swojej wizji. Nie próbuje wmówić widzowi, że jest czymś ambitniejszym od thrillera policyjnego. Jednocześnie podjęty temat traktuje poważnie i z konsekwencją. Podobne wrażenia miałem po obejrzeniu „Miami Vice”. Film ten równie skutecznie przedstawia fabułę, nie popadając zarazem w banały analizy charakterów głównych bohaterów i pozostawiając ostateczne wnioski widzowi.
Negrin: Właśnie… Mój kłopot z „Miami Vice” polega na tym, że nie tylko – jak mówisz – nie popada w banał, ale wręcz w ogóle stroni od zdecydowanego scharakteryzowania bohaterów. Łatwo odnieść wrażenie, że na ekranie oglądamy efektownie wyglądające (bo obsadzone przez modnych i ładnych aktorów) wydmuszki Crocketta i Tubbsa, które pełnią rolę służebną wobec fabuły, ale same pozostają niemal puste. W porządku, świetnie wiem, że wcale tak nie jest, a przynajmniej nie w pełni, jednak minimalizm w sposobie przedstawienia policjantów z Miami stanowi trudną do przebicia barierę. Na film pięknie się patrzy, lecz trudno u widza o emocjonalne zaangażowanie. Tymczasem w „Łowcy”, pomimo pewnej chropowatości, psychologia odgrywała kluczową rolę.
massif: Filmowa wersja przygód policjantów z Miami niewiele ma wspólnego z serialem telewizyjnym. I jeśli ktoś chce postrzegać ten obraz poprzez pryzmat oryginału, ma spore szanse zawieść się nie tylko na słabszych kopiach głównych bohaterów. Uważam takie podejście za niewłaściwe. Mamy tu bowiem reprezentację innych czasów – wiele sie zmieniło przez te dwadzieścia lat. Próba zachowania klimatu serialu za wszelką cenę mogła zakończyć się jedynie porażką. Dlatego nie dziwię się decyzji Manna, aby przedstawić wersję alternatywną, obrazującą niemalże inną epokę. Stąd też twoje niezadowolenie ze sposobu ukazania bohaterów może wynikać z niewłaściwego podejścia, bo choć porównanie jest nieuniknione, to również – niewiążące.
Negrin: Nie tędy droga. Przecież nawet słowem nie zająknąłem się o serialu, z którego, szczerze powiedziawszy, poza czołówką niewiele pamiętam. Dlatego zapomnijmy o świecie lat osiemdziesiątych (chociaż i w nowym „Miami Vice” można znaleźć niejedną cechę ówczesnego kina). Mój „problem” z bohaterami filmu jest jak najbardziej współczesny. Relacje między Crockettem a Tubbsem zredukowane są do minimum, motywacje – ledwie sygnalizowane, a psychologia – ukryta nawet nie na drugim, ale trzecim czy czwartym dnie. Nawet wątek miłosny, koniec końców bardzo istotny dla fabuły, widz właściwie sam musi sobie „uwiarygodnić”. Zdaję sobie sprawę, że w tym szaleństwie jest metoda. Oto moment, w którym niezbędny jest ów klucz do Mannowskich bohaterów, o którym wspominałem wcześniej, przy okazji wątku o „Manhunterze”. Michael Mann często wypuszcza pewne „szkice”, które musimy uzupełnić. Rzecz w tym, że w „Miami Vice” posunął się bardzo daleko.
massif: Wiele w tym prawdy i początkowo również przeszkadzało mi ubogie przedstawienie charakterów, ale rzeczywiście kryje się w tym pewna metoda. „Miami Vice” jest niczym świeża bryza, która nie potrzebuje zatrzymywać się na konkretnych problemach i analizować poczynań bohaterów, a jedynie sunie do przodu, opowiadając prostą w gruncie rzeczy historię, i robi to bardzo sprawnie. To jest czysta rozrywka z domieszką wspomnianej na początku melancholii. Daje nam możliwość chwilowego zatracenia się w przedstawionym świecie, bez potrzeby pełnego zaangażowania. I dlatego właśnie uważam ten film za udany twór. Crockett i Tubbs są przedstawieni w surowy sposób, ale nie widzę potrzeby głębszego drążenia ich charakterów. Obecna forma prezentacji jest w pełni wystarczająca, aby osiągnąć zamierzony cel. Wątek miłosny natomiast uważam za mimo wszystko przekonujący. Choć jego potraktowanie może wydawać się powierzchowne, zauważyłem pewne niuanse dające poczucie realizmu. Zarówno Sonny, jak i Isabella zajmowali się niebezpiecznymi profesjami, liczyli się z tym, że śmierć czyha za rogiem. Będąc pod wpływem ciągłego stresu, adrenaliny i poczucia zagrożenia, doskonale zdawali sobie sprawę z ulotności życia. Zrozumienie, jakie wywiązało się już przy pierwszym spojrzeniu, znaczyło więcej niż w normalnych warunkach setki słów. Oboje żyli szybko i tak również działali. Zabawę w podchody i miłosne gierki zostawili zwykłym śmiertelnikom.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Negrin: Owszem, podoba mi się twoje spojrzenie na ich romans. Zresztą pary, które łączy to nieokreślone „coś” – na pierwszy rzut oka ciężkie do uchwycenia czy wręcz zrozumienia – u Manna pojawiają się częściej. Dość wspomnieć Neila i Eady z „Gorączki”. Przy pierwszym seansie absolutnie nie potrafiłem uwierzyć w ich związek. Podczas niedawnej powtórki nie miałem już podobnych rozterek. Może w żadnym z tych przypadków nie należałoby nawet mówić o miłości jako takiej. To raczej jakieś przyciąganie – niekoniecznie stricte fizyczne – którego zrozumienie wymaga… hmm, chyba znów owego „klucza”. Zresztą w obu filmach obok tego romansu reżyser stawia pary dużo bardziej konwencjonalne, nawet jeśli (jak w przypadku „Heat” i Vincenta Hanna) dysfunkcjonalne. Swoją drogą, czy naprawdę uważasz, że piekielnie poważne miny niedookreślonych bohaterów licują z pojęciem czystej rozrywki? Kino rozrywkowe (i bynajmniej nie tylko podłego sortu) wymaga pełnokrwistych postaci, bo rozrywka to także emocje. Tymczasem „Miami Vice” jest zimne. A skoro tak… to albo czegoś zabrakło, albo reżyser każe nam szukać drugiego dna.
massif: I tak właśnie jest w istocie. Mamy do czynienia z filmem płytkim pod względem emocjonalnym, ale w tym konkretnym przypadku nie uznaję tego za wadę. To, że większość twórców filmowych przyzwyczaiła nas do postaci, z którymi można się identyfikować, polubić je czy też emocjonalnie angażować się w ich poczynania, nie znaczy, że jest to jedyna słuszna metoda reprezentacji. „Miami Vice” to nie ideał i wiele mu do niego brakuje, ale w swojej kategorii jawi się jako dzieło udane. W pełni akceptuję formę zimnego potraktowania charakterów. Mann konsekwentnie snuje swoją opowieść, nie bawiąc się w głębsze interpretacje. Dostajemy to, co widzimy.
Negrin: Niestety, w konsekwencji patrzymy na wydarzenia z obojętnością, a ta może zabić każdą historię. Kiedy zaś widzowi brak zaangażowania, pozostaje patrzeć na ładne obrazy – a pod tym względem film błyszczy. To właśnie klimat nocnego Miami najbardziej pozostaje w pamięci i sprawia, że chciałoby się czym prędzej powtórzyć seans. Mimo wszystko nie potrafię w pełni wybaczyć Mannowi podejścia do swoich bohaterów, bo mięsista treść w połączeniu z tą bajeczną formą dałyby jeszcze lepszy film.
massif: Być może film by na tym zyskał, ale ja jestem daleki od nazwania go obojętnym czy nijakim. W obecnej formie broni się jako surowy film sensacyjny. I choć początkowo miałem nadzieję na głębszą prezentację bohaterów, to obecnie ostateczny efekt uważam za coś wyjątkowego, unikalnego, niemalże podpis Manna. I nie mogę mieć mu za złe, że zdecydował się podążyć własną ścieżką, bo choć „Miami Vice” nie jest pozbawione wad, jest spójne w swojej wizji.
Negrin: To prawda, czego jak czego, ale spójności z pewnością filmowi Manna nie można odmówić. Swoją drogą, skoro już mowa o bohaterach, to co powiesz o niemal karykaturalnie wyeksponowanym machismo u praktycznie wszystkich bohaterów filmu? W przypadku Crocketta i Tubbsa męskie twardzielstwo praktycznie zastępuje głębsze relacje.
massif: Jakiekolwiek wątpliwości wobec gry miałbym jedynie do dwójki głównych bohaterów. Jest dokładnie tak, jak piszesz: te kreacje nie sprawiają wrażenia autentyczności, ale typowego „pozerstwa”, które częściej śmieszy, niż wzbudza respekt. Być może jednak tak to wygląda w rzeczywistości, gdzie karierę w narkobiznesie robią słabo wyedukowani, prości kryminaliści. Choć może się to wydawać zbyt daleko idącym wnioskiem, jest w tym odrobina wiarygodności. W obecnej formie taka postawa bohaterów świetnie się wkomponowuje w chłodny klimat filmu, wolałbym jednak bardziej zapadające w pamięć kreacje.
Negrin: A sama akcja? „Miami Vice” naprawdę wciągające robi się mniej więcej w połowie. Do tego czasu zawiązanie intrygi wlecze się niemiłosiernie i pozbawione jest nie tylko dramaturgii, ale również tego specyficznego klimatu żmudnej, realistycznej pracy policyjnej, którą można odnaleźć choćby w „Zodiaku” Finchera czy serialu „Prawo ulicy” – także bardzo powolnych produkcjach. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że dzieło Manna byłoby bardziej udanym filmem, gdyby już od początku postawiło na większą wyrazistość.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
massif: Daleki jestem od nazwania pierwszej połowy filmu nudną. A nawet więcej: podoba mi się powolne tempo zaserwowane na początku filmu. „Zodiaka” ani „Prawa ulicy” nie widziałem, więc nie jestem w stanie porównać, a „Miami Vice” niewiele ma wspólnego ze śledztwem. To film o byciu undercover, o problemach, jakie się z tym wiążą. Widać to w rozchwianym emocjonalnie zachowaniu Crocketta czy w pesymistycznej końcówce, kiedy zdaje on sprawę z tego, że między nim a Isabellą nie ma przyszłości i muszą się rozstać. Dostrzegamy to również w scenie szturmu na posiadłość Montoi, która ukazuje nam smutną prawdę, że zło związane z handlem narkotyków zawsze czyha, czujne i gotowe na kolejny atak.
Negrin: Wiadomo – w zależności od dziedziny praca jednego policjanta pracy drugiego nierówna. Zresztą nie chcę podważać ogólnej jakości bardzo dobrego przecież filmu. Raczej zwracam uwagę na coś, co niestety cechuje kino Michaela Manna od początku do końca, nawet w najlepszych odsłonach (a jak dla mnie to wciąż „Gorączka”). Właściwie wszystkie filmy reżysera są nierówne. To samo, co mówiłem o „Manhunterze”, znajduje zastosowanie i teraz. Wiele wskazuje na to, że na tę własną „szlachetną niedoskonałość” Mann jest już skazany.
massif: Wyglada na to, że tak już jest z tym twórcą. Potrafi przeplatać pomysly bardzo dobre ze słabymi, lecz trzeba przyznać, że zawsze robi to z klasą, i nawet w chwili słabości jego filmy ostatecznie potrafią się obronić, nawet jeśli wymuszają na widzu surową ocenę.
Negrin: A co sądzisz o realizmie „Miami Vice”? Mann uchodzi za twórcę, który przywiązuje ogromną wagę do autentyczności swoich filmów. Wywiady środowiskowe, konsultacje z ekspertami i tak dalej, i tak dalej. A jednak odnoszę wrażenie, że widzowi przede wszystkim ma się wydawać, że widzi na ekranie coś autentycznego – czy jeśli chodzi o pracę gliniarzy pod przykrywką, czy też o starcia przy użyciu broni palnej. W istocie ogląda natomiast starannie zaaranżowane widowisko. Zapewne nie przyszłoby mi to do głowy, gdyby nie scena finałowej strzelaniny. Co prawda, sytuacja jest zupełnie inna niż w przypadku kulminacji „Łowcy”, o której rozmawialiśmy poprzednio, jednak i tym razem mamy do czynienia z czymś, co nie pasuje do iluzji realizmu budowanej w trakcie trwania filmu. Strzelanina – owszem, uwieczniona w niemalże paradokumentalnym stylu – jest pełna efektownych bajek rodem z najbardziej klasycznych sensacyjniaków klasy B: trup wśród łotrów ściele się gęsto, policjantów kule się nie imają, Jamie Foxx robi przewrotki w zwolnionym tempie i trafia za pierwszym razem… A przy tym naprawdę łatwo się nabrać, że to wszystko takie autentyczne. W pewnym sensie Mannowi należy się uznanie.
massif: Niewiele ma to wspólnego z realizmem, bo w przypadku tej sceny chodziło zapewne głównie o satysfakcjonującą, dynamiczną kulminację. I jestem to w stanie zaakceptować, nie tylko dlatego, że wyszło reżyserowi efektownie, ale też doskonale wtapia się w nieco oniryczny klimat filmu. Wszystko dzieje się tutaj niczym w półśnie. Akcja rozkręca się powoli, bohaterowie są nieco nieobecni, trudni do uchwycenia, niebagatelny wpływ ma też wyczuwalna melancholia, ściśle związana ze zdjęciami i muzyką. Przy takich założeniach pozorny realizm ostatecznej strzelaniny nie ma prawa razić swoją umownością. Ja to kupuję, konsekwencja twórcy została zachowana.
Negrin: Niech i tak będzie. Jestem to w stanie zaakceptować, a przy kolejnym seansie pewnie nawet nie będę chciał słyszeć o innym rozwiązaniu. Pora podsumować obie części naszej dyskusji. Czy patrząc na „wczesnego” i „późnego” Manna widzisz jakieś godne odnotowania zmiany, czy raczej wierność raz obranej filozofii?
massif: Punkty wspólne zostały poruszone już na początku dyskusji, więc możemy je pominąć. Patrząc na oba filmy z szerszej perspektywy, można dostrzec, że jedyną poważną zmianą jest perfekcja techniczna, do jakiej reżyser doszedł po ponad dwudziestu latach tworzenia. O ile w przypadku „Manhuntera” musieliśmy przymykać oczy na pewne błędy i niedoskonałości, związane między innymi z montażem, tak „Miami Vice” jawi się jako film zrealizowany bez żadnych poważniejszych potknięć, jednocześnie przy dojrzałym wykorzystaniu najnowszej techniki. Jeśli mowa o emocjach, jakie wywołują jego filmy, to tutaj należy zgodzić się z faktem, że są one bardzo podobne w swoim zimnym okazywaniu uczuć, pozornym realizmie i pesymistycznym nastroju.
Negrin: Michael Mann do twórca diablo konsekwentny. I dobrze, że takim pozostaje, bo mimo wszystkich „ale” dziś w Hollywood filmy nakręcone w takim stylu to rzadkość.































