M jak „Manhunter”, M jak „Miami Vice”, M jak Michael Mann – dyskusja (część 1)

Kategoria: Dyskusje
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca

Uwaga! Dyskusja zdradza istotne elementy fabuły filmów „Łowca” i „Miami Vice”.

Negrin: Lada chwila na ekrany kin trafi najnowszy film Michaela Manna pod tytułem „Wrogowie publiczni”. Poniekąd z tej okazji umówiliśmy się na małą dyskusję o dotychczasowej twórczości reżysera. Nieprzypadkowo będzie jej patronować literka „M”, obecna nie tylko w jego inicjałach, ale także rozpoczynająca tytuły dwóch filmów, na których się skupimy. Nie ukrywajmy: to ty zaproponowałeś „Miami Vice” i „Manhuntera” (znanego w Polsce czasem jako „Łowca”, a czasem jako „Czerwony smok”). Dlaczego właśnie ta dwójka?

massif: Spośród obejrzanych filmów Manna to właśnie te dwa zrobiły na mnie najbardziej pozytywne wrażenie. Muszę jednak zaznaczyć, że części jego dorobku nie widziałem, a „Ostatniego Mohikanina” oglądałem bardzo dawno temu, więc jest to wybór być może nie w pełni ostateczny.

Negrin: A zatem swoisty „Mann wczoraj i dziś”, bo z jednej strony mamy wczesną produkcję reżysera. a z drugiej – najnowsze dzieło sprzed trzech lat. Z mojego punktu widzenia oba filmy to produkcje warte uwagi, ale niepozbawione wad. Jest w nich jednak coś, co nie pozostawia obojętnym. Czy uważasz, że w obu przypadkach to coś podobnego?

massif: Poza oczywistym faktem, że bohaterowie są stróżami prawa, będzie to z pewnością melancholijny klimat, jaki unosi się w obu produkcjach. Subtelnie przedstawiony poprzez długie ujęcia ukazujące ocean czy zachodzące słonce. Niebagatelną rolę odgrywa również niespieszna narracja. Wszystko ma tu swój czas i miejsce, akcja rozkręca się powoli, a uczucie nudy nie wkracza nawet na chwilę.

Negrin: Melancholia, powolne tempo, długie ujęcia i bohaterowie spoglądający na wodę – wymieniłeś kilka wizytówek Manna. Znajdziemy je we wszystkich sztandarowych filmach reżysera. A jednak w przygotowaniu do naszej rozmowy nie dałeś się namówić na powtórkę z „Gorączki”, w której także są obecne. Co więcej, nie potrafię ukryć, że mnie pierwsza połowa „Miami Vice” solidnie wynudziła, a oglądając obraz z De Niro i Pacino (dłuższy przecież o pół godziny!) nuda była mi obca. Niestety, chociaż film o policjantach z Miami czaruje obrazem i nastrojem, to długie zawiązanie akcji może przetestować cierpliwość widza.

massif: Oczywiście. Jednak w odróżnieniu od „Gorączki” czy „Zakładnika” w wybranych przeze mnie filmach jest więcej dialogów czy też monologów, kosztem akcji właśnie. Ja to poczytuję na plus, ponieważ zostaje więcej czasu na zbudowanie relacji z bohaterami, a także wspomnianej melancholii, która mimo wielu cech wspólnych odróżnia te filmy od ich bardziej cenionych braci. Jest to swoisty gęsty klimat wyobcowania głównych bohaterów, spowodowanego wykonywanym zawodem. Graham czy też Crockett są w specyficzny sposób samotni. Obaj jednak z innych powodów. W tym miejscu chciałbym bliżej przyjrzeć się „Manhunterowi”, aby uniknąć wyłącznie ogólnikowej wymiany zdań na temat obu filmów. Obejrzałeś go po raz pierwszy zaledwie kilka dni temu, zaliczywszy już wcześniej największe hity Manna. Czy twoim zdaniem ten ponad dwudziestoletni obraz wytrzymał próbę czasu?

Negrin: Ha, wyszło szydło z worka. Rzeczywiście, długo zwlekałem z seansem obu ekranizacji pierwszej odsłony cyklu o Hannibalu, ale myślę, że decydując się wreszcie na seans „Łowcy”, dobrze zrobiłem. To film zanurzony po uszy w klimacie gatunkowego kina z lat osiemdziesiątych, co bywa tak zaletą, jak i przekleństwem. W przypadku tej produkcji mamy po trosze jednego i drugiego. Dzieło Manna broni się konsekwencją, wspomnianym już melancholijnym klimatem oraz paroma scenami, które do dziś mam w pamięci, często zilustrowanymi świetną muzyką. Z drugiej strony z dzisiejszej perspektywy obraz pracy specjalisty od profili maniakalnych morderców wydaje się dość płaski, by nie rzec infantylny, co kładzie się cieniem na warstwie psychologicznej filmu.

massif: Aby móc w pełni docenić klimat serwowany przez „Manhuntera”, należy wrócić umysłem do tamtych czasów. Przyznam, że nie próbowałem spojrzeć na film z perspektywy współczesnego widza, nie chciałem stracić tego specyficznego kontaktu z zaprezentowanym światem. Dostrzegam jednak pewne wady, ale jestem w stanie je wybaczyć, ponieważ pozostałe elementy je rekompensują. Nie sądzę, aby postać Grahama przedstawiono płasko czy też infantylnie. Wręcz przeciwnie, został on zaprezentowany na wielu ciekawych płaszczyznach, jednak jest to sposób prezentacji bardzo subtelny, dostrzegalny jedynie jeśli widz jest w stanie zatrzymać na chwilę, zastanowić i wczuć się w przedstawiony dylemat, podobnie jak bohater wczuwa się w psychologię mordercy.

Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca

Negrin: Przyznasz jednak, że wygłaszane przez Grahama „w powietrze” monologi pod adresem zabójcy nie grzeszą subtelnością, a wręcz bywają niezamierzenie śmieszne.

massif: Nie mogę zaprzeczyć. Powinny pozostać monologami wewnętrznymi. W obecnej formie są zbyt dosłowne, w negatywny sposób odrealniają postać głównego bohatera. Nigdy jednak nie przekraczają granicy dobrego smaku i da się do nich przywyknąć, zwłaszcza że nie ma ich zbyt dużo. Przyznaję jednak, że można to było zrealizować bardziej profesjonalnie. Nie mogę jednak pozostawić wątku psychologii Grahama na obecnym etapie naszej dyskusji. Jest to temat na tyle unikatowy i interesujący, że wymaga głębszej wymiany zdań. Rzadko bowiem dostajemy szansę wczucia się w myśli psychopaty, a o tym w gruncie rzeczy jest ten film. Na powierzchni może wydawać się jedynie retro thrillerem policyjnym z lat osiemdziesiątych, jednak przy bliższym spojrzeniu zauważamy, że postać głównego bohatera stanowi pomost, który ma pomóc widzowi dostrzec przerażający obraz umysłu seryjnego mordercy.

Negrin: Święta prawda. Ta podróż wgłąb umysłu psychopaty wychodzi reżyserowi bardzo wiarygodnie – bo też on często potrafi zgłębiać myśli ludzi z pogranicza prawa, choć do rozszyfrowania tej Mannowskiej psychologii jest potrzebny specyficzny klucz, o którym chciałbym wspomnieć nieco później. Inna sprawa, że portret mordercy w „Manhunterze” – choć bez dwóch zdań niepokojący i angażujący widza – nie wykracza poza ramy wytyczone przez gatunek. Zawodowo dosyć często stykam się z (literackimi) thrillerami o psychopatach, więc w przypadku „Łowcy” jestem gotów docenić wykonanie, ale niekoniecznie oryginalność podejścia do tematu. Inna sprawa, że w ten sposób ponownie odwracam chronologię. To, co „zwykłe” dzisiaj, w połowie lat osiemdziesiątych miało całkiem inny wydźwięk. Wygląda na to, że tobie lepiej wychodzi odseparowanie się od balastu współczesności. Niemniej jednak muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie widziałem równie przerażającego faceta z pończochą na głowie.

massif: Dollarhyde zapada w pamięci. Jeśli ktoś ma problem z psychologiczną wiarygodnością tej postaci, to wynikać on może jedynie z jej niezrozumienia. Jest to bowiem morderca przedstawiony bardzo realistycznie i poza faktem posiadania ponadprzeciętnej siły to postać przerażająco autentyczna. W swojej skromności i nieśmiałości oraz pełnym kompleksów podejściu do własnej fizyczności jest bardzo podobny do większości naszej populacji, wtapia się w tłum. To czyni go bardzo niebezpiecznym, ponieważ jego myśli są tak bardzo obce od sposobu postrzegania świata przez przeciętnego człowieka. Jest to więc kontrast budujący w znaczącym stopniu klimat tej produkcji.

Negrin: Ani myślę tego negować! Nie wiem, czy to dziwnie świadczy to o mnie, o Mannie, o autorze powieści Harrisie, czy też oznacza jedynie, że najciekawsze jest to, co chore i niepokojące, ale Dollarhyde wydaje mi się postacią pełniejszą i wiarygodniejszą (chociaż bardziej pobieżnie nakreśloną) niż tytułowy łowca. W gruncie rzeczy to trochę zastanawiające, jeśli wziąć pod uwagę, że Michael Mann sam zmienił książkowy tytuł, chyba po to, by zasygnalizować skoncentrowanie się postaci Grahama.

massif: W tej kwestii nie mogę sie z tobą zgodzić. William Petersen bardzo dobrze odzwierciedlił postać detektywa dręczonego głębokimi problemami psychologicznymi. By móc go w pełni docenić, trzeba zdać sobie sprawę z ciężaru, który wziął na swoje barki. Żeby powstrzymać psychopatów, musiał stać się jednym z nich, musiał przestawić swoje myśli tak, aby cierpienia, do jakich dopuszczali ścigani, sprawiały mu równą przyjemność. Wszelkie manipulacje umysłem, zwłaszcza tak poważne, pozostawiają nierzadko trwały ślad na psychice i jak trafnie powiedziała żona Grahama, „to sprawi, że będziesz chory albo zginiesz”. Co gorsza, bohater odkrył, że rzeczywiście sprawia mu to przyjemność, że jedyną różnicą miedzy nim a morderca jest fakt, że zdaje sobie sprawę z karygodności takich czynów. Potrafił zostawić sobie wyjście awaryjne, ale niestety nigdy nie zapomni stanu, w którym sie znajdował jako tytułowy łowca. Właśnie dlatego zależało mu na tym, aby w ostatecznej konfrontacji zabić ściganego. Zmyć z siebie brud własnych myśli i odnaleźć spokój.

Negrin: Myślę, że poruszamy się w tej chwili na trochę innych płaszczyznach. Wszystko, co mówisz, to prawda. Nie mam zastrzeżeń do aktorstwa Petersena. To, o czym wspominasz, naturalnie da się z „Łowcy” wyczytać. Doskonale rozumiem intencję ukazania wewnętrznego niepokoju kryminalnego profilera. Co więcej, rozdarcie pomiędzy pracą a normalnością (i życiem rodzinnym) to jeden z ulubionych tematów Manna, który znajdziemy w większości jego późniejszych filmów. Nie mogę się natomiast pozbyć uczucia, że na wczesnym etapie kariery psychologię krępowały u niego okowy kina gatunkowego. Materiał na mięsisty dramat skondensowano do wymogów rasowego thrillera. Nie ujmując prawdziwości wszystkiemu, co opisałeś, zaryzykuję twierdzenie, że w latach późniejszych Mann chwycił lepsze proporcje.

Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca
Łowca

massif: I tak jest w istocie. „Manhunter” jest filmem skromnym, wszelkie głębsze spostrzeżenia wymagają zaangażowania, wyobraźni i nieco dobrej woli. Bo jak to już określiłeś wcześniej, obraz pozostaje w cieniu wad tego gatunku filmowego wprost z lat osiemdziesiątych.

Negrin: No właśnie. „Wczesny” Mann czasem stosuje chwyty, którymi wraz z upływem lat raczej by wzgardził. Wspomnę choćby o tanich zmyłkach w postaci nocnego biegacza czy policjanta przed domem żony. Z charakterystycznego stylu „eighties” zrodziły się jednak również sceny, których dziś na próżno by szukać w kinie. Myślę przede wszystkim o psychodelicznej  sekwencji kulminacyjnej przy dźwiękach „In-A-Gadda-Da-Vida”.

massif: Chociaż rozumiem to, że spodobała ci się muzyczna interpretacja finału, tak muszę przyznać, że w tym miejscu wychodzą największe minusy tego filmu. Przede wszystkim montaż. Bardzo rwany i chaotyczny, sprawiający wrażenie wybrakowanej produkcji stojącej o klasę niżej. Również samo rozwiązanie akcji zawodzi, ponieważ antybohater zaczyna zachowywać się irracjonalnie, co przekłada się ostatecznie na cudowne ocalenie życia Grahama. Trudno to nazwać satysfakcjonującą konfrontacją.

Negrin: No i niech tak będzie! Skoro już mamy do czynienia w gruncie rzeczy ze schematycznym thrillerem o psychopacie – a one zawsze kończą się tak samo – to niech ten finał będzie pamiętny i zrobiony z rozmachem oraz megatoną stylu.Właściwie dopiero w tym momencie dałem się porwać tej nieco archaicznej i B-klasowej konwencji. Zgadzam się, że kulminacja robi wrażenie jakby wyjętej z innego filmu, ale szczerze mówiąc, ten „inny film” nawet mi odpowiada. W pewnym sensie jest bardziej zdecydowany niż reszta „Łowcy” z jej nie do końca zrealizowanymi zapędami psychologicznymi.

massif: Mimo pewnych niedociągnięć kulminacja ma swój urok, który paradoksalnie nie rujnuje wrażeń z reszty filmu. Na pewno jest w tym zasługa dobrze dobranej piosenki, ponieważ trzeba przyznać, że „Manhunter” to produkcja okraszona bardzo dobrym soundtrackiem. Zarówno klimatyczne, niepokojące melodie, jak i reszta ścieżki dźwiękowej dostarczają odpowiednich wrażeń podczas całego filmu. Jest to jeden z jego najmocniejszych punktów.

Negrin: Nic dodać, nic ująć. Oczywiście pod warunkiem, że widz nie ma awersji na kiczowaty miejscami pop tamtych lat (finałowe „Heartbeat” w refrenie jedzie po bandzie). Zresztą Michaela Manna uważam za jednego z mistrzów w układaniu ścieżek dźwiękowych. Ta produkcja dowodzi, że muzyczne wyczucie cechowało go właściwie od zawsze. Muszę przyznać, że „Łowca” w gruncie rzeczy ma pecha. To takie dziełko po wieloma względami zapomniane: popularność zdobyły dopiero późniejsze obrazy Manna, a status „zakurzonego filmu” w gruncie rzeczy przypieczętował w 1991 roku Jonathan Demme, kręcąc „Milczenie owiec”. W ten sposób cały świat zapomniał o Hannibalu Lecterze (a właściwie Lecktorze), w którego wcielił się Brian Cox - na rzecz bardziej efektownego Anthony’ego Hopkinsa. Było nie było, szkoda. Dlatego koniec końców muszę ci podziękować, że poleciłeś mi tę pozycję.

massif: Kreacja zaprezentowana przez Coxa trafia do mnie znacznie bardziej od powszechnie szanowanej i cenionej roli Hopkinsa. Jest bardziej realistyczna, sprawia wrażenie autentyczności. Lecktor to człowiek z krwi i kości, nie zaś komiksowy superzłoczyńca jak w pozostałych adaptacjach prozy Harrisa. I takie właśnie podejście do tematu wyczuwa się przez niemal cały film. „Manhunter” nie sili się na widowiskowość czy dynamikę. Jest spójny w swojej wizji. Nie próbuje wmówić widzowi, że jest czymś ambitniejszym od thrillera policyjnego. Jednocześnie podjęty temat traktuje poważnie i z konsekwencją. Podobne wrażenia miałem po obejrzeniu „Miami Vice”. Film ten równie skutecznie przedstawia fabułę, nie popadając jednocześnie w banały analizy charakterów głównych bohaterów, pozostawiając ostateczne wnioski widzowi.

Czytaj drugą część dyskusji…

Komentarze (13) do artykułu “M jak „Manhunter”, M jak „Miami Vice”, M jak Michael Mann – dyskusja (część 1)”

  • matt pisze:

    Ciekawa i przyjemna dyskusja, Panowie. Bliżej mi do poglądów massifa, Ty zaś, Negrin, zdajesz się być faktycznie mocno „skażony” kinem współczesnym i całym jego balastem ;)

    Co do zarzutu o spłaszczenie postaci Grahama, massif zasugerował ważną rzecz: „Manhunter” to film bardzo subtelnie zbudowany. Trzeba pozwolić sobie na pewną empatię i „czuć” sposób myślenia i postępowania Willa. Jest wiele mało wyeksponowanych scen, ujęć, gestów, które to ułatwiają. Poza tym, widać chyba dokładnie, jak sam Graham zaczyna coraz bardziej obawiać się swoich umiejętności wczucia się w umysł zabójcy. Już sam ten proces jest świetnie pokazany. Gdzie tu płytkość?

    A co do „technicznej” strony pracy śledczych, to już po prostu kwestia obranej przez twórcę drogi. Mann mógł zrobić z tego coś jak „Zodiac”, ale jak dalsza jego reżyserska droga pokazała (a co sam Negrin przyznał) akurat nie ten aspekt interesuje go najbardziej.

    Skąd narzekanie na te głośne monologi? Odrealniają bohatera? Pewnie tak, ale czy cały film sili się na maksymalny realizm? Wydaje mi się, że jednak nie. Ta melancholia, atmosfera jak ze snu, muzyka… to wszystko składa się dla mnie w pewien posępny cudzysłów w którym ujęta jest cała historia. Tak jakbyście realną historię ujęli w nierealną formę, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Monologi zewnętrzne Grahama wpasowały się w tę z lekka psychodeliczną konwencję. Na mnie zrobiły spore wrażenie.

    Dobrze, że powstał ten tekst, na pewno zachęci wielu do zapoznania się z „Manhunterem”, a ja sam nabrałem ochoty na kolejny seansik.  Cytuj

    • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

      Na wszystkie Twoje uwagi mam jedną odpowiedź i w zasadzie zawarłem ją już w dyskusji: ja wiem, że z filmu wiele można wyczytać, jeśli się widz bardzo wysili, a jednak dużo tutaj B-klasowego ducha (choćby te monologi, właśnie bardzo „w stylu”), który nie do końca licuje z, ahem, psychologią pełną gębą. Jeśli mówię, że coś tutaj jest płytkie, to nie chodzi mi o nieporuszenie różnych spraw, ale o to, że – było nie było – ta psychologia poprowadzona jest w sposób podporządkowany wymogom thrillera. Stąd czasem budzi lekki uśmiech. I w zasadzie tyle :) Nie znaczy to, że całość jest zła, czemu przecież w naszej dyskusji dałem wyraz.  Cytuj

  • matt pisze:

    Zgoda. :)
    Tutaj wychodzi na wierzch to, co lubię w kinie najbardziej – godzenie warstwy „ambitniejszej” z formą rozrywkową. Jeśli widz chce, może się wysilić i wynieść z filmu jakieś głębsze, ciekawe przemyślenia. Jeśli nie ma na to ochoty – zostanie mu rasowy, porządnie skonstruowany thriller. Taka konstrukcja (czyli najpierw niegłupia rozrywka, a później głębsze treści) określa to, czego osobiście oczekuję od produkcji rodem z Hollywood.  Cytuj

  • Mefisto pisze:

    Oj Negrin, Negrin…za najlepszą scenę uważasz tą, która jest stylistycznie najgorsza w całej tej świetnej, klimatycznej produkcji. Faktycznie jesteś ‘skażony’ ;)

    PS. I co to za odmiana „Coksa”? WTF? Tylko mi nie mówcie, że taka odmiana jest właściwa, bo zacznę pisać Kłinci Dżones albo coś w ten deseń :P  Cytuj

  • Mefisto pisze:

    PS nie na temat – co to za bezsensowny obrazek obok mnie? Ja sobie nic nie wybierałem.  Cytuj

    • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

      Nie mówię, że najlepsza, ale najbardziej zapadająca w pamięć. Lubię psychodelię, lubię „In-A-Gadda-Da-Vida”, więc co ja poradzę? Owszem, mogę powtórzyć, że scena nie pasuje do reszty filmu, ale jest w niej coś, co sprawia, że chyba mógłbym obejrzeć cały film utrzymany w podobnie kiczowatej stylistyce :)
      Co do peesów: odmiana „Coksa” naprawdę jest właściwa… napisałbym: niestety, ale muszę Ci podziękować, bo przy okazji trafiłem na grudniowe rozporządzenie panów zza zielonego stolika stwierdzające, że „już można” i tak, i tak. Z czego błyskawicznie skorzystałem w powyższym tekście :) A różne wersje obrazków do bezawatarowych komentatorów to efekty eksperymentów. Ustawże sobie coś wreszcie :)  Cytuj

      • Mefisto pisze:

        Nie mogę sobie nic ustawić, bo musiałbym się zarejestrować – nie mogę się zarejestrować, bo taki nick już tam jest. Ergo – ssie :)  Cytuj

        • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

          No tak, użycie innego nicka jest przecież niezgodne z prawem… :>  Cytuj

        • massif pisze:

          Miałem ten sam problem, na szczęście możesz użyć nicka zastępczego, avatar zostanie rozpoznany po adresie e-mail. Nick właściwy może zostać użyty bezpośrednio przy komentarzu.  Cytuj

  • Glut pisze:

    Super tekst, świetnie się czyta. Nabrałem ochoty na powtórkę, bo z pierwszego seansu wyniosłem tyle że średniak z idiotycznie zmontowanym finałem. Zobaczymy. Czekam na część 2.  Cytuj

  • Łukasz Kozłowski - massif pisze:

    Dobrze wiedzieć, że być może sprowokowaliśmy kogoś do ponownego obejrzenia „Manhuntera”, dzięki za komentarze ;)  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)