![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Solo: Nigdy nie ukrywałem, że na „Alien kontra Predator” czekałem od dawna. No i nie zawiodłem się, choć głupotą ten film przewyższa najlepsze filmowe dokonania w tej materii. Dlaczego więc film ma tak złe, czasami wręcz miażdżące recenzje? Pewnie mi to dokładnie wyjaśnisz.
D’mooN: To proste. Filmowi mogą zaszkodzić dwie rzeczy: nuda i niezamierzona głupota. W „AvP” mamy obu tych rzeczy pod dostatkiem. To najzwyklejsza pod Słońcem fuszerka! Brak tu wyrazistej intrygi, ośmielę się nawet stwierdzić, że ten film jest pozbawiony scenariusza. Postaci są tak papierowe i przeźroczyste, że w ogóle ich nie widać. Mnóstwo tu wpadek logicznych, koncepcyjnych jak i rzemieślniczych. Oglądając ma się wrażenie, że film został zrobiony ‘na kolanie’, na piętnaście minut przed premierą. Gdy widz wyczuwa, że nie dostał pełnowartościowego produktu, to chyba ma prawo czuć się oszukany ?
Solo: Oczywiście nie sposób nie zgodzić się z większością Twoich zarzutów, bo braki w logice fabuły i zwykła bzdura wyglądają z tego filmu niemal co chwila. Reszta zaś jest wyłącznie kwestią gustów, więc o tym nie ma sensu dyskutować. Ja w żaden sposób nie czuję się oszukany, bo film mnie miejscami zwyczajnie zachwycił wartką akcją, a czasami wręcz nawet powracającym klimatem z poprzednich filmów serii. Dlatego interesujące może być porównanie tego filmu do obu „kosmicznych” cykli filmowych. Spodobały mi się w „Alien kontra Predator” dyskretne nawiązania do praktycznie wszystkich części obu serii, jak również rzecz jasna do komiksu i nawet gry komputerowej. To takie drobne smaczki, które prawdopodobnie wychwycą tylko uważni widzowie, a do tego miłośnicy filmów o obu kosmicznych stworach.
D’mooN: Ale czy mówimy tutaj o delikatnych nawiązaniach, czy raczej o bezczelnym wykorzystaniu popularności obu filmowych serii po to tylko, aby sprzedać publice kolejny filmowy bubel? Oczywiście, można w ten sposób odnieść się do każdej kontynuacji, bo korzysta ona z marketingowego dorobku swego poprzednika. Ważne jednak, aby oferować coś w zamian. Jak dotąd obie filmowe serie wywiązywały się z tego zobowiązania – tego samego spodziewałem się po „AvP”.
Solo: Czy film ofiarowuje cos w zamian, to trzeba by zapytać poszczególnych widzów „Alien kontra Predator”, bo to jak zwykle jest kwestią indywidualnych gustów. Zaś co do czerpania ze wzorów i wykorzystywania: nikt z twórców filmu nigdy nie twierdził, że robi film w pełni oryginalny, tudzież oderwany pod względem fabuły od obu filmowych cykli. W końcu sam tytuł filmu tłumaczy wszystko – jest to ekranizacja komiksu (bądź komiksów), gdyż pomysł na fabułę w praktyce został zaczerpnięty właśnie z takich obrazkowych opowieści. Inna sprawa to czy film został oparty na komiksie, czy też ten ostatni był tylko inspiracją dla filmowców. Oglądając film można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z tą drugą możliwością. A co do wykorzystywania popularności poprzednich filmów obu serii – cóż, nie jest to pierwszy zarzut tego typu stawiany cyklowi o Obcych. Dobrze pamiętam jak krytycy „używali sobie” na „Obcym – decydujące starcie”. W ich oczach dzieło Camerona było właśnie takim tanim żerowaniem na klasyku Scotta, zamieniającym charakter „Obcego – ósmego pasażera ‘Nostromo’” na bezmyślną strzelaninę. Mówiąc w skrócie, Cameron ośmielił się kontynuować arcydzieło, biorąc z niego te wątki, które mu najbardziej odpowiadały i na ich podstawie robiąc film całkowicie różny (czytaj: prostszy, komercyjny, łatwiejszy w odbiorze), według własnej wizji. 18 lat jakie minęły od tamtego czasu całkowicie zweryfikowały te zarzuty, stawiając film Kanadyjczyka na półce filmowej klasyki. Oczywiście nie oszalałem na tyle, żeby porównywać Andersona z Cameronem, ale moim zdaniem w przypadku krytyki „Obcy kontra Predator” mamy do czynienia z podobnym rozumowaniem. Każdy twórca ma prawo zrobić film według własnego pomysłu i gustu, a w przypadku kontynuacji ma wręcz obowiązek czerpać z dorobku swoich poprzedników. Inna sprawa to zadowolenie publiczności, ale to jak już wspomniałem, zawsze i wszędzie będzie kwestią gustów.
D’mooN: Lecz niestety krytycy nie pomylili się. Cameron dokonał na Obcym zbrodni. Kosmiczne Zło, silne i nieobliczalne, zostało sprowadzone do roli zwierząt. Tam gdzie u Scotta przerażała potęga i chłód Obcego, autentycznym strachem napawała wizja tysięcy jaj z TAKIMI potworami, tak u Camerona stał się on zwykłym mięsem armatnim. Aby spotęgować efekt wywołany w części pierwszej Cameron wykreował Królową, a w myśl zasady ‘mocniej, więcej, szybciej’ zamienił film grozy w iście ‘kowbojskie huzia’. Nie przeczę, powstało wtedy naprawdę mocne i wyraziste widowisko, jednak cała historia obrała nieco niepokojący obrót. Designerski cud Gigera uległ trywializacji, co doprowadziło w prostej linii do powstania koszmarku znanego jako „AvP” – filmu gdzie brakuje żywych postaci, a kosmiczne monstra wykonują dyskotekowy taniec a la Power Rangers.
Solo: Moim zdaniem owi krytycy wpadli w pułapkę schematycznego myślenia. Oczekiwano, że skoro Cameron robi kontynuację klasyka, to zrobi kolejny klasyk. Tymczasem reżyser dobrze wiedział, że nie ma sensu dopowiadać ciągu dalszego arcydzieła, bo niezmiernie trudno będzie tam coś interesującego dodać. Wziął więc z filmu Scotta potrzebne mu składniki i przygotował z nich film według własnego gustu i stylu. W ten sposób dostaliśmy coś zupełnie nowego, kompletnie różnego od klimatycznego horroru, za to pełnego czystej adrenaliny i żywych emocji. Inne w tym wypadku nie oznacza gorszego. Podobnie ma się sprawa z filmem Andersona. Zaczerpnął kilka pomysłów ze wszystkich filmów obu serii i nie bawiąc się w żadne niuanse, przygotował film dość pusty i niemądry, ale wizualnie interesujący. To prawda, że ludzkie postacie są papierowe, a logika wydarzeń kuleje, ale gdy tylko na ekranie dochodzi do starcia dwóch kosmicznych gatunków, widownia wybacza wszystkie błędy fabularne. „Obcy kontra Predator” jest filmem prostym, a te prostotę zaczerpnął wprost z „Decydującego starcia” i pierwszego „Predatora”. Liczy się czysta akcja i sceny zniszczenia. Dzięki temu wreszcie po długich latach mogłem w kinie poczuć (ulotnie i tylko chwilami) klimat z filmów Camerona i McTiermana. Dla mnie to na swój sposób powrót do czystej, pierwotnej idei rozrywki serwowanej nam przed laty przez tych znakomitych reżyserów.
D’mooN: Ja niestety tego klimatu nie mogłem odnaleźć. Powiem więcej: ja go wcale nie szukałem. Seria filmów o Obcych miała niebywałe szczęście jeśli chodzi o reżyserów. Każdej części trafił się twórca z pierwszej ligi, i dzięki temu każdy nowy odcinek kosmicznego cyklu miał własny charakter, indywidualny styl i wprowadzał do opowiadanej historii nowe elementy. Czy były to filmy udane? Zapewne nie wszystkie, jednak nie można odmówić każdemu z nich wyjątkowości i odrębności. Druga odsłona „Predatora” to także zmiana klimatu w stosunku do części pierwszej. Jak to wszystko się odnosi do filmu Andersona ? ‘Nijak’, chciałoby się rzec. Film fabularnie, czy wizualnie nie pokazuje nic nowego, a to co pokazuje – pokazuje byle jak. Nie wiem skąd chęć tworzenia dziwnych, nie trzymających się kupy historyjek o ukrytych pod lodem piramidach, skoro do dyspozycji był naprawdę dobry scenariusz: pierwsza część komiksowej serii „AvP”. Historia na tyle zgrabna, i co najważniejsze osadzona w realiach wcześniejszych filmów o Obcym, że aż sama prosiła się o sfilmowanie. Nie zapominajmy także o „Batman: Dead End” – nieoficjalnym, krótkometrażowym filmie, który pokazał jak wielka siła tkwi w POMYŚLE, nie zaś pieniądzach. Pieniądzach, których notabene w filmie Andersona wcale nie widać. Sandy Collora mając do dyspozycji jedynie $ 30,000 stworzył film swym klimatem bijący na głowę „AvP”.
Solo: Co do samego zawiązania akcji filmu, to zgadzam się: wybrano chyba najbardziej absurdalny z dostępnych pomysłów. Warto jednak w tym momencie zastanowić się, jak wygląda „Obcy kontra Predator” na tle pozostałych filmów serii. Pierwszy „Obcy” to oczywiście klimatyczny horror, druga część to bajeczne kino wojenno-sensacyjne, zaś trzeci odcinek to dramat czystej wody. Potem jednak dobra passa cyklu mija i pojawia się bardzo nijaki, obrzydliwy miejscami „Obcy: przebudzenie”. Być może porażka artystyczna i finansowa tej części spowodowała, że producenci zdecydowali się na skrzyżowanie gatunków, aby uatrakcyjnić temat. I po części się to udało. Obcy i Predator to dwie ikony kinowej rozrywki, które sprawiają wrażenie stworzonych do wzajemnej eksterminacji. Ale uwaga: praktycznie tylko do tego. Najważniejszą i właściwie jedyną atrakcją filmu są właśnie sceny pojedynków kosmicznych stworów. Tak więc to w filmie Andersona w pełni można docenić wizualny potencjał tkwiący w walkach obu gatunków. „Obcy kontra Predator” to dość bezpośrednie nawiązanie do arcydzieła Jamesa Camerona, który jako pierwszy wydobył widowiskowy potencjał śliniących się ksenomorfów. Anderson swoim filmem więc Ameryki nie odkrył, ale w sytuacji, gdy seria „Obcych” zabrnęła w ślepy zaułek (za sprawą wizualnych eksperymentów Jeuneta) wybrał jedyną pewną drogę, na jaką sobie może pozwolić pozbawiony większego talentu twórca. I udało mu się: powstał film o bezsensownej fabule, za to widowiskowy. I tylko tego mi było trzeba, w oczekiwaniu na pełnokrwistą część piątą cyklu. W niej będzie czas na eksperymenty i poszukiwanie nowej drogi dla kontynuacji serii. Póki co, „Obcy kontra Predator” należy traktować jako „podtrzymanie gatunku”. Przy okazji, to „podtrzymywanie” wyszło lepiej niż dobrze.
D’mooN: Ja jednak wolałbym film o przynajmniej pozornie sensownej fabule, nie kpiący sobie z widza i własnych źródeł. Film który potrafi wywołać inne emocje niż jedynie śmiech i irytację. W końcu film, który sam w sobie będzie stanowił jakąś wartość, nie bazując na dorobku poprzedników. Jeśli ktoś tęskni do klimatów „Aliens” lub pierwszego „Predatora” to polecam seans tychże. 100% cukru w cukrze.
Solo: Stosując się do tej zasady, nie warto ryzykować jakiejkolwiek kontynuacji, lepiej pooglądać klasykę. A właśnie w ostatnich częściach „Obcych” i „Predtorze 2″ tego „cukru” zdecydowanie zabrakło. Doceniam wartość tamtych filmów, ale to jednak nie to na co czekałem. Za bardzo jestem zapatrzony w film Camerona, ale co poradzę, że właśnie czegoś zbliżonego oczekiwałem po każdej jego kontynuacji? Nieoczekiwanie coś najbardziej podobnego dostrzegłem w filmie Andersona, który w zasadzie niczego dobrego do tej pory nie nakręcił. Udało mi się przymknąć oko na niedorzeczności scenariusza, zachwyciłem się choreografią walk (cóż za kapitalna scena z Predatorem rozcinającym facehuggera w locie i ucinającego głowę Obcemu), a nawet wzruszyłem finałową współpracą międzygatunkową. Głupie, ale to się ogląda. Za to jestem wdzięczny filmowi i jego twórcom.
D’mooN: Kontynuacje warto kręcić, o ile wnoszą do tematu coś jednocześnie nowego i wartościowego. Tutaj cukru nie ma w ogóle. Jest jedynie gorzki smak rozczarowania…
Solo: W takim razie, oby więcej takich rozczarowań i oby „Obcy 5″ nas obu usatysfakcjonował.





















