Darren Aronofsky długo kazał czekać na swój trzeci pełnometrażowy film. To już sześć lat, odkąd swoją premierę miało poruszające „Requiem dla snu”, które uderzało w emocje widza z siłą młota pneumatycznego. Przez ten czas reżyser jednak nie próżnował, tylko pieczołowicie dopieszczał scenariusz kolejnego filmu, zbierając jednocześnie nań fundusze. Początkowy siedemdziesięciopięciomilionowy budżet został drastycznie obcięty po tym, jak z projektu zrezygnowali Brad Pitt i Cate Blanchett (którzy – tak na marginesie – zagrali później wspólnie w filmie „Babel”). Nie zrażony tymi niepowodzeniami Aronofsky robił wszystko, co w jego mocy, żeby zachować swoją wizję i nie decydować się na kompromisy. Z powodów finansowych należało oczywiście przerobić nieco scenariusz i zrezygnować z pewnych scen, ale ostatecznie twórcy wybrnęli z tego problemu, uciekając się do optycznych sztuczek z ubiegłego wieku, dzięki którym strona wizualna filmu nie ucierpiała znacznie.

Długo rozważałem, w jakiej formie należałoby napisać o „Źródle” i ostatecznie zdecydowałem się na analizę, ponieważ w tym przypadku aż się prosiło, żeby szczegółowo wgłębić się w materię filmu i jego konstrukcję fabularną. Już dawno żaden tytuł nie przysporzył mi takiej przyjemności z drobiazgowego przywoływania w pamięci poszczególnych scen w poszukiwaniu rozwiązania zadowalającego i nie nastręczającego wątpliwości. Wszystkim osobom, które jeszcze nie widziały tego filmu niniejszym dziękuję za doczytanie do tego miejsca i informuję, że dalszej lektury podejmujecie się już na własną odpowiedzialność.
Zacznijmy od podstaw, czyli fabuły, a składa się ona z trzech trwale splecionych wątków rozgrywających się na przestrzeni 1000 lat. Tomas Creo(Hugh Jackman) jest konkwistadorem, który na rozkaz swojej królowej, monarchini hiszpańskiej udaje się do Gwatemali wchodzącej w skład terytorium Nowej Hiszpanii, terenów podbitych przez jego pobratymców w Ameryce Środkowej. Jego zadaniem jest odnalezienie Drzewa Życia, którego soki zapewniają nieśmiertelność. W przypadku powodzenia tej wyprawy, królowa Isabel(Rachel Weisz) oferuje mu wieczne rządy u swego boku.

Po odnalezieniu świątyni, starciu z pilnującymi jej majańskimi wojownikami i dotarciu na szczyt piramidy, gdzie znajduje się rzeczone drzewo, dzielny konkwistador staje oko w oko z kapłanem, który zamierza złożyć go w ofierze. Jest to obrzęd kontynuowany od wszechwieków, od czasu pierwszej ofiary, którą dobrowolnie złożyła z samej siebie istota zwana Pierwszym Ojcem. To właśnie z jego ciała wyrosło cudowne drzewo, wykształciło korzenie i stało się ziemią. Z duszy uformowały się gałęzie, które wznosząc się ukształtowały niebo. Natomiast wszystkie liście na głowie to dzieci, zawieszone w niebie, tworzące Xibalba, miejsce, do którego trafiają zmarli po śmierci. Historia wyprawy konkwistadora zostaje przerwana w chwili, gdy kapłan zamierza się na Tomasa ognistym mieczem a dalszy jej ciąg poznajemy dopiero pod koniec filmu.
Tom Creo jest naukowcem, a dokładniej neurochirurgiem. Tematem jego badań jest wpływ specyfiku opracowanego na bazie cudownego drzewa odnalezionego w Ameryce Środkowej na osoby umierające na raka mózgu. Nad jego badaniami wisi mroczne widmo, ponieważ Tom ściga się z czasem i śmiercią, która nieuchronnie zbliża się, aby odebrać mu żonę, Izzi. Kobieta jest pogodzona ze swoim losem i pragnie jedynie pomóc ukochanemu w osiągnięciu wewnętrznego spokoju. W tym celu pisze książkę o XVI-wiecznym konkwistadorze szukającym ratunku dla swojej królowej. Napisanie ostatniego rozdziału postanawia powierzyć mężowi. Tomowi udaje się odnaleźć upragniony lek na śmierć, ale złośliwy los nie pozwala mu już pomóc osobie, dla której go opracował. Izzi odchodzi z tego świata tuż przed dokonaniem owego przełomowego odkrycia.

Tommy jest astronautą podróżującym przez przestrzeń kosmiczną w specyficznym statku, będącym Drzewem Życia, które – jakby tego było mało – zachowuje antropomorficzne cechy kobiety, a dokładniej zmarłej żony kosmicznego podróżnika. Astronauta – któremu, tak na marginesie, wyglądem bliżej do buddyjskiego jogina niż pracownika NASA – kieruje się w kierunku umierającej gwiazdy, będącej niczym innym jak wspomnianą wyżej Xibalbą, miejscem do którego według wierzeń Majów zmarli trafiali po śmierci. Nadwyżki wolnego czasu poświęca Tommy na medytacje, monologi skierowane do drzewa i wizje przeszłości oraz wspominanie zmarłej żony.
Podczas seansu rodzą się pytania o stopnie powiązania pomiędzy tymi trzema historiami. Za oczywisty pewnik przyjmuje się fakt, że opowiadają one o kolejnych reinkarnacjach dwójki kochanków, którym nie dane było szczęśliwie dożyć starości u swego boku. Pewne elementy, symbolika i wskazówki podsuwane nam przez reżysera zaostrzają jednak wątpliwości, czy taka interpretacja wystarczy. Przemyślenia dokonane po filmie zrodziły w mojej głowie inne odczytanie tego dzieła. Spróbuje uporządkować moje myśli i skorzystać z rad reżysera, który sugeruje, że film ten należy traktować jak rosyjskie matrioszki. Podążę jednak w przeciwnym kierunku i to od szczegółów (małych laleczek) przechodził będę do ogółu (największej lalki).

Na początek uwagę skierujmy na naukowca i astronautę. Już w tym miejscu teoria jakoby film opowiadał o kolejnych reinkarnacjach bohatera upada, ponieważ tak naprawdę Tom i Tommy okazują się być tą samą osobą. Wskazuje na to przewijający się przez cały film motyw obrączki ślubnej bohatera. Jak wiemy Tom podczas jednej z operacji zgubił swoją obrączkę, a już po śmierci żony za pomocą atramentu i pióra podarowanego przez Izzi, zrobił sobie na palcu tatuaż – imitację. Tenże tatuaż można dostrzec na palcu astronauty, co jest dowodem raczej wystarczająco przekonującym.
Oczywiście w tym miejscu pojawia się wątpliwość, ponieważ, jak wiemy, wydarzenia w kosmosie i na sali zabiegowej dzieli przedział 500 lat. Można to jednak wytłumaczyć – po wynalezieniu przez bohatera lekarstwa na starzenie się, 500 lat przestaje być ograniczeniem dla ludzkich możliwości. Dlaczego jednak Tom znalazł się w kosmosie, w tym mocno nietypowym pojeździe kosmicznym i do tego prowadzi rozmowy z drzewem?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy wrócić do Izzi Creo oraz powiązań pomiędzy współczesnym nam Tomem, a XVI-wiecznym Tomasem. Jak już wspomniałem wcześniej, Izzi na długo przed swoją śmiercią odnalazła wewnętrzny spokój i pogodziła się ze swoim losem. Wiedziała jednakże, że Tom nie spocznie nawet po złożeniu jej do grobu i będzie dalej podejmował próby jej ocalenia. W oparciu o dzieje starożytne i nieco bliższą historię podbojów Ameryki rozpoczęła pisanie książki, której lektura miała pomóc mężowi w osiągnięciu ukojenia. Tak narodziła się fikcyjna historia konkwistadora o imieniu Tomas, owładniętego misją odnalezienia drzewa życia mającego pomóc jego ukochanej królowej.
Moją teorię burzy jednak istotny szczegół. Skoro to miała być jedynie fikcja, to jakim cudem w tejże Gwatemali naprawdę odnaleziono cudowne drzewo, za pomocą którego Tom zamierzał uratować Izzi? Odpowiedź na to pytanie jednakże okazuje się dość oczywista. Tom był wprost opętany misją uratowania żony. Zapewne po tym, jak odkrył cudowne właściwości drzewa, nieustannie mówił o tym w domu, co z kolei zainspirowało Izzi.

Tak właśnie powstała historia Tomasa Creo i Isabeli, XVI-wiecznych uosobień współczesnych nam bohaterów. Historia podróży Tomasa, jego walki z czasem, pełnego oddania misji, dla której gotów był poświęcić wszystko jest niczym innym, jak nawiązaniem do opętanego badaniami Toma (Mój konkwistadorze, zawsze walczysz). Izzi nie bez powodu pisanie swojej historii przerywa u samego kresu wyprawy Tomasa. Napisanie ostatniego rozdziału pozostawia mężowi, ponieważ wie, że dopiero po jej śmierci możliwe będzie odczytanie zawartego w niej przekazu. Rzeczone drzewo jest niczym innym, jak symbolem pogodzenia się ze śmiercią i rozpoczęciem nowego życia. W filmie nieustannie podkreślane jest znaczenie ostatecznego odejścia jako kresu starego i początku nowego istnienia. Rozdział nie zostaje dokończony do momentu, gdy Tom osiąga upragniony wewnętrzny spokój i odkrywa to, co Izzy chciała mu przekazać w swoich słowach.
Jaka jest jednak w tym wszystkim rola astronauty? Myślę, że scen w przestrzeni kosmicznej nie należy traktować dosłownie. Prawdę mówiąc, należy się zastanowić, czy w ogóle miały one miejsce. Pozycje medytacyjne przyjmowane przed Tommy’ego i jego wygląd każą nam przypuszczać, że po śmierci Izzi Tom podjął próby odnalezienia wewnętrznego spokoju za pomocą buddyjskich metod. Być może metafizyczne sceny w kosmosie są niczym innym, jak transowymi wizjami, onirycznym przetworzeniem historii jego życia, pozwalającym bohaterowi dotrzeć do sedna swojego jestestwa. Podróż do umierającej Xibalby, której wybuch – jak wierzy Tommy – przywróci życie ginącemu drzewu i sprawi, że zakwitnie na nowo, nadając jednocześnie jego życiu sens (Ty rozkwitniesz a ja będę żył), a także śmierć drzewa u samego kresu podróży, gdy już tak niewiele zabrakło do zakończenia misji z sukcesem – są niczym innym jak alternatywną wersją tragicznej historii Toma i Izzi.

Przewijające się w tych scenach przebłyski z ich wspólnego życia oraz postać kobiety przewodnika, pomagająca Tommy’emu odnaleźć właściwą drogę (dokończ to) prowadzą do kresu jego poszukiwań. Wspomniane wyżej słowa wypowiadane przez Izzi powtarzają się kilka razy podczas scen w przestrzeni kosmicznej. To oczywiście przypomnienie o porzuconym przez bohatera ostatnim rozdziale książki. Rozdziale, którego dokończenie pomoże bohaterowi zrozumieć duchowy przekaz od ukochanej – śmierć to początek nowej drogi, nie jest chorobą, którą można uleczyć i jedynie pogodzenie się z tym pozwala żyć dalej tym, którzy pozostali. Przeżycie raz jeszcze sceny śmierci żony, tym razem personifikowanej w osobie drzewa pozwala mu wreszcie przyjąć fakt jej odejścia z godnością, odsunąć od siebie strach przed śmiercią, powitać ją z uśmiechem na twarzy.
Tom w końcu dochodzi do tego, co Izzi chciała mu przekazać. Pojawiające się widmo królowej Isabeli uzmysławia mu korelacje pomiędzy życiem prawdziwym (Tom i Izzi), a fikcją (Tomas i Isabela). W końcu osiąga świadomość tego, że nieskończone wspólne życie nie sprowadza się do wypicia cudownego eliksiru (czy też leku na śmierć), ale polega na godnym odejściu z tego świata i rozpoczęciu nowej, wiecznej egzystencji po śmierci. Jak ona będzie wyglądała, stanowi oczywiście wielką niewiadomą, ale człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak podążenie tą ścieżką z uśmiechem na ustach. Bez wiary, że połączymy się z ukochanymi w zaświatach, nasze życie sprowadza się do przeżycia nic nieznaczącego ułamka w historii czasu i zostania karmą dla żyjącego jeszcze krócej robactwa w ziemi. Tym samym Tom staje się gotowy do napisania ostatniego rozdziału książki.

Dochodzi wreszcie do zakończenia historii konkwistadora. Powracamy do sceny, kiedy majański kapłan zamachnął się na niego ognistym mieczem. Nie jest jednak w stanie go uśmiercić, ponieważ na drodze staje mu Tommy, kosmonauta, a tak naprawdę osoba, z której wywodzą się obaj, czyli po prostu Tom. Kapłan nazywa go swoim panem (Pierwszym Ojcem) i tak właśnie jest, ponieważ to on teraz kieruje tą historią, decyduje o tym, co się w niej wydarzy i jakie będzie jej zakończenie. Tomas ostatecznie dociera do upragnionego Drzewa Życia, leczy swoją ranę przy pomocy soku z rozciętej kory, który następnie łapczywie pije. Prowadzi to do jego śmierci, spowodowanego kwieciem rozsadzającym jego ciało od wewnątrz, zamieniającym jego powłokę materialną w nawóz dla natury, którym po śmierci wszyscy tak naprawdę jesteśmy. Tym sposobem Tomas wchodząc w skład biosystemu staje się prawdziwie nieśmiertelny, ale dalekie jest to zapewne od oczekiwanego przez niego efektu.
Kosmonauta dociera do umierającej Xibalby, gwiazda implodując umiera, po czym po chwili rozsadza się w wielkim wybuchu, naradzając się tym samym na nowo. Tommy umiera z uśmiechem na ustach, po raz pierwszy pogodzony ze świadomością istoty ludzkiego losu. Spełniają się słowa Izzi, śmierć staje się aktem stworzenia, drogą do chwały, dopełnieniem naszego życia i zaczątkiem zupełnie nowej egzystencji…





