Matka Teresa od kotów – analiza: Upadek domu Bielickich

Kategoria: Analizy

Lojalnie ostrzegam – osoby żywiące awersję do współczesnego kina polskiego spod znaku „czarnego realizmu społecznego” w stylu „Placu Zbawiciela” niech się od „Matki Teresy od kotów” trzymają z daleka. Z ekranu wprost wylewa się depresyjna aura zagraconego, ciemnego mieszkania naznaczonego piętnem rozkładu. Reżyserski debiut Pawła Sali trudno polubić. „Matka Teresa od kotów” odpycha przygnębiającą atmosferą szarości dnia codziennego, w który pewnego razu wkrada się niezrozumiałe Zło.

Początkowo drażni też konstrukcja filmu – nie dość, że akcja cofa się wstecz (na początku dowiadujemy się o zabójstwie, potem wracamy do wcześniejszych wydarzeń), to jeszcze twórcy serwują nam nieustające przeskoki czasowe, poprzedzane informacją: „dwa dni wcześniej”, „trzy miesiące wcześniej” itd. Oba reżyserskie zabiegi, zarówno inwersja czasowa, jak i opowiedzenie tragicznej historii rodziny w formie pozornie chaotycznych, urywanych scenek, mają jednak swój sens. Retrospekcje świadczą o tym, że ważne jest nie  „CO się wydarzyło” (bo to od początku wiemy, choćby z lektury podstawowych informacji o filmie), ale „JAK do tego doszło”. Jak jednak wytłumaczyć matkobójstwo, jedną z najbardziej przerażających zbrodni, jakich może dopuścić się człowiek? I czy w ogóle można je wytłumaczyć w jakikolwiek sposób, jeśli w dodatku ofiara nie jest rodzicielką patologiczną, znęcająca się nad swymi dziećmi? Czy wreszcie takich wytłumaczeń szukać należy, czy tłumaczenie nie równa się tu niebezpiecznym próbom usprawiedliwienia, zrozumienia tego, czego nie da się wyjaśnić i zrozumieć?

Jeśli przyjmiemy taki interpretacyjny punkt widzenia, czytelny stanie się kolejny zamysł reżysera, czyli przedstawienie życia rodziny Bielickich w formie kalejdoskopu scenek, krótkich wycinków z życia. Oto matka, agentka ubezpieczeniowa, chwali się synom, że dziś pobiła rekord w sprzedaży polis, oto Artur i jego dziesięć lat młodszy brat Marcin instalują zamek w drzwiach swego pokoju, by odseparować się od reszty rodziny. Oto do Teresy przyjeżdża kuzynka Ewa, która następnie z nimi zamieszka. Oto Artur wmawia Marcinowi, że umie oddziaływać na ludzi siłą umysłu i zna przyszłość, przepowiada, że kelnerka, na którą obaj patrzą z wyżyny balustrady w galerii handlowej, przewróci się – i dziewczyna upada. Oto kolejne poczynania Artura – kłótnie z ojcem, coraz większy wpływ na brata, lęk matki przed starszym synem.

Wielu rzeczy nie wiemy, tajemnicą pozostają wydarzenia niepokazane, wypełniające czas między udostępnionymi nam wycinkami. Nie zobaczymy na ekranie samego momentu zabójstwa – w „Matce Teresie od kotów” nie ma scen drastycznych, pomimo to film przytłacza specyficzną, mroczną atmosferą alienacji, braku więzi, samotności w tłumie. W tej rodzinie każdy jest samotny, jej członkowie nie potrafią zbudować bliskich relacji. Nie widzimy, żeby matka rozmawiała z synami, by łączyło ich ciepło, życzliwość i sympatia. Zamknięci we własnych światach nie potrafią do siebie dotrzeć. Prawidłowej relacji z dziećmi nie potrafi zbudować ojciec, zawodowy wojskowy, który po powrocie z misji w Afganistanie przeżywa załamanie psychiczne. Nie umie tego również matka, która na powolną, acz nieubłaganą utratę kontroli nad sytuacją w rodzinie reaguje emocjonalną ucieczką w opiekę nad kotami. Koty to przecież nie ludzie, nie trzeba ich rozumieć, nie są skomplikowane.   Wystarczy dać im jeść i pogłaskać, a będą się do człowieka łasić i przyjaźnie mruczeć.

W tej rodzinie bohaterowie mówią do siebie, ale ze sobą nie rozmawiają, nie dzielą się problemami, marzeniami, przemyśleniami. No tak, ale z drugiej strony nie oni jedni, z pewnością istnieje więcej takich „zablokowanych” rodzin, mających problemy z wzajemną komunikacją i nikt w nich nikogo nie zabija… W takim ujęciu wychowawcza dysfunkcja rodziców nie jest żadnym wytłumaczeniem. Więc może kolejny trop – kilkakrotnie widzimy, jak chłopcy grają w gry elektroniczne, pewnie brutalne, a przecież stwierdzenie, że „gry rodzą agresję”, urosło już do rangi społecznego stereotypu. Wielu chłopców gra w takie gry – niewielu zabija. Także więc i to wyjaśnienie okazuje się zbyt banalne, zdecydowanie niecelne.

A może jeszcze inaczej? Może nie gry, nie dysfunkcja rodziny? Może przyczyny drastycznej decyzji chłopców należy szukać w zachowaniu jednego z rodziców – może czymś konkretnym zawinił ojciec albo matka? W relacji Artura z ojcem wyraźnie zarysowany jest motyw walki o władzę, archetypicznej kłótni starego i młodego samca o dominację nad stadem. Może zatem starszy chłopiec poczuł się „panem domu”, gdy ojciec wyjechał na misję i trudno mu było po jego powrocie pogodzić się z tym, że jego królowanie się skończyło? I w tym tropie coś jest, ale także i on nie wyjaśnia wszystkiego – ojciec nie jest tu przecież żadnym sadystą, trudno też wpisać go w stereotyp żołnierza po przejściach i z problemami.

A jeśli zawiniła matka? Badania dowodzą, że tego typu zabójstwa popełnia się najczęściej w afekcie, a więc musiało wydarzyć się coś, co dostarczyło chłopcom ostateczny impuls. Sala jest jednak konsekwentny w budowaniu niepokojącej atmosfery niedopowiedzeń – nie dowiemy się, co ostatecznie przeważyło szalę psychicznej równowagi w stronę krwawej makabry. Jednak również relacja Artura z matką i sama postać Teresy daje do myślenia.

Zastanawia na przykład dość długa, jakby celebrowana przez reżysera erotyczna scena. To moment pikniku, chwila, kiedy – jak to piszą w recenzjach – „rodzina jeszcze jest szczęśliwa”. Rodzice zmysłowo kochają się w trawie rozświetlonej słońcem. Zgoda, ta scena koresponduje z późniejszym, jakże innym aktem seksualnym, kiedy to Teresa przychodzi do Huberta prosić go, by powrócił do domu, i godzi się na rozpaczliwy seks w jego ponurej, piwnicznej klitce. W takim ujęciu namiętny akt na łonie przyrody miałby ukazywać wcześniejszą, później zerwaną więź – wszystko to jednak nie jest takie proste, bo rodzice dają się porwać namiętności, kiedy niedaleko nich dzieci, w tym jedno dorosłe (!), zbierają drewno na ognisko i w każdej chwili mogą ich nakryć. Dorośli, racjonalni ludzie raczej nie postępują jak napaleni nastolatkowie, więc intencje reżysera zastanawiają.

Kolejne sceny – Teresa na oślep szuka wyjścia, ucieka. Ucieka w koty, w religię, wyraźnie sobie nie radzi. Jej kostium eleganckiej, zrównoważonej i opanowanej kobiety biznesu, staranny makijaż, umalowane usta stają się tylko przebraniem, desperacką maską skrywającą coraz większe przerażenie. Teresa jeszcze udaje, że jest normalnie, choć już wie, przeczuwa, że pod jej dach zakradło się Zło. Właśnie, Zło – uosabia je Artur, 22-letni kieszonkowy demon, który swoim czynem przerazi jednak świat, wstrząśnie nie tylko całym swoim otoczeniem, ale i całym krajem. Może zresztą właśnie o to mu chodzi? Może tu kryje się sekret zbrodni? Może Artur jest jak matka Joanna z opowiadania Iwaszkiewicza i starego filmu Kawalerowicza, do którego Sala nawiązuje w tytule? Przypomnijmy – matka Joanna była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromne ambicje. Musiała jednak być posłuszna woli ojca i pójść do klasztoru. Zamknięta za kościelną kratą, odizolowana od świata, stłamszona, znalazła jednak inne wyjście, by świat się o niej dowiedział. Postanowiła udawać opętanie, a ponieważ była osobą charyzmatyczną, jej przykład wywołał wśród mniszek zbiorową histerię. Nie mogąc być dobrą, świadomie wybrała zło…

Może tak samo jest z Arturem – także i on żyje w izolacji od świata, nie umie do niego dotrzeć (to symptomatyczne, że zrywa z dziewczyną, nie ma kolegów, właściwie nie nawiązuje interakcji ze światem zewnętrznym, poza mieszkaniem, a jego jedyne towarzystwo stanowi sporo młodszy brat). Ma jednak duże ambicje, z pewnością chciałby być kimś – może studentem, może żołnierzem? Świat go jednak nie zauważa, więc on sam rozpaczliwie pragnie ściągnąć na siebie uwagę otoczenia, pokazać się jako ktoś niezwykły, wybitny. Ponieważ jednak jest niedojrzały emocjonalnie, wybiera drogę na skróty – usiłuje zabłysnąć swymi paranormalnymi zdolnościami. Niestety, podczas gdy matka Joanna miała szereg wyznawczyń, w niezwykłą moc Artura wierzy wyłącznie dziecko – jego młodszy brat…

Więc trzeba inaczej, potrzeba czegoś ostatecznego, czegoś, co wstrząśnie światem do głębi – a takim czymś jest właśnie matkobójstwo, makabryczne złamanie najświętszego tabu, jakim jest odebranie życia tej, której zawdzięczamy istnienie… Może w takim wyjaśnieniu kryje się klucz do zagadki – DLACZEGO? Tego jednak nie wiemy na pewno, możemy się tylko domyślać, zgodnie z zamysłem reżysera dowolnie łącząc rozrzucone przed nami kolejne fragmenty układanki składającej się na obraz rozkładu i upadku pewnej rodziny.

Kolejne tropy, kolejne przyczyny – szereg powodów, z których żaden nic racjonalnie nie tłumaczy, nie stawia kropki nad i. Na tym jednak polega przemyślana, behawiorystyczna narracja i brak linearności ciągu przyczynowo-skutkowego. Sala jest odważny – nie chce zaprezentować widzom prostej opowieści kryminalnej, która byłaby jednocześnie odpowiedzią. Woli narazić się na zarzuty o artystyczne ambicje czy wręcz o chaos formy. W pozornym szaleństwie tkwi jednak metoda, a forma jest tu dokładnie przemyślana i idealnie współgra z treściami, które chce przekazać reżyser. Bardziej od odpowiedzi (z założenia niemożliwej) interesuje go stawianie pytań. Behawiorystyczna konstrukcja narracji ma uruchomić myślenie widza, skłonić go do szukania własnych interpretacji przyczyn makabrycznego czynu obu braci.

Ponury, pesymistyczny klimat filmu buduje specyficzna „psychizacja krajobrazu” – kolejne stadia erozji rodzinnej więzi i kolejne etapy wymykania się życia spod kontroli symbolicznie obrazuje przestrzeń rodzinnego domu, ciemnego, nieprzytulnego mieszkania z wysokimi sufitami, po którym nieustannie snują się tabuny kotów. Dom odpowiada tu stanowi umysłów bohaterów, o których jednak wiemy zbyt mało, by emocjonalnie zaangażować się w opowiadaną na ekranie historię (to zresztą przy behawioryzmie niemożliwe). Trudno tu kogoś polubić, trudno z kimś sympatyzować – patrzymy raczej chłodnym okiem widza-obserwatora, rezygnując z emocjonalnego uczestnictwa w wydarzeniach (a nie od dziś wiadomo, że z reguły wyżej cenimy te filmy, które są nam bliskie, poruszając nasze emocje, pozwalając na utożsamienie się z bohaterem czy choćby zwykłe, ludzkie przejęcie się jego sprawami).

Uczestnicy rodzinnego dramatu nie są jednak papierowymi marionetkami – życie nadają im aktorzy. Świetny jest Mariusz Bonaszewski, zamknięty w sobie, jakby wewnętrznie udręczony, zmęczony życiem (wszyscy bohaterowie są tu zresztą zmęczeni), z jakąś nieuchwytną udręką czającą się w spojrzeniu. Aktor nie obawia się być odpychający, eksponuje słabość i rozpacz swego bohatera w nieprzyjemnej scenie erotycznego zbliżenia w pokoiku-klitce. Doskonale gra także Ewa Skibińska, aktorka nieco zapomniana, piękna kobieta, która pod warstwą zewnętrznej elegancji skrywa w filmie jakby drugą, niepokojącą i zastanawiającą naturę, może nawet jakieś zaburzenia psychiczne.

Także Mateuszowi Kościukiewiczowi, który zagrał tu rolę całkowicie inną niż we „Wszystko, co kocham”, udało się uwiarygodnić swego bohatera. Artur bywa ironiczny i cyniczny, czasami wybucha, po zabójstwie matki płacze – właściwie jednak nie wiemy, co czuje. Jak każda z postaci, jest w pewnym sensie zagadką. Najwięcej wiemy o Marcinie, młodszym bracie (dobry jak w „Świnkach” Filip Garbacz, chłopiec bez wieku, tym razem grający 12-latka) – to postać stosunkowo prosta, zagubione dziecko, ulegające coraz większym wpływom starszego, charyzmatycznego brata. Także i jego postać kryje jednak zagadkowe niedopowiedzenie – Marcin wydaje się dobrym dzieckiem, umie chyba odróżniać dobro od zła. Cóż więc takiego się stało, co musiał powiedzieć mu Artur, że chłopiec zdecydował się na współudział w morderstwie?

„Matka Teresa od kotów” zaciekawia, bo jest tu nad czym pomyśleć. Atmosfera emocjonalnego chłodu, klimat niedopowiedzeń, brak wyjaśnień, pozostawiają jednak uczucie pewnego niedosytu. Paweł Sala to jednak z pewnością ciekawy ekranowy debiutant, twórca, który dokładnie wie, co robi, choć z pewnością jest to kino dla wąskiego kręgu odbiorców (choćby ze względu na formę i wybór kontrowersyjnego, nieprzyjemnego tematu) – myślę zatem, że warto czekać na kolejne jego filmy.

Komentarze (15) do artykułu “Matka Teresa od kotów – analiza: Upadek domu Bielickich”

  • artemis pisze:

    kurczę no, a mnie ten film rozzłoślił i podrażnił, i to nie tak jak lubię;). to znaczy – wydał się pretensjonalny i nadęty. i przez cały czas miałam wrażenie, że pan paweł sala mi chce wmówić, że nic nie sugeruje, że mam sobie jak u hanekego patrzeć i ślepnąć, a to nieprawda, pic na wodę, bo sugestii, i to banalnych (choroba psychiczna, permanentny marazm… nie wspominając już o grach – ile razy to mieliśmy?), jest cała masa. oczywiście nie ma w tym nic złego, ale sala nie umie tego przedstawić, sili się na ‚nic-nie-mówienie’, mimo że cały czas topornie podsuwa kolejne tropy. w tym wysilonym dramacie najbardziej podobał mi się młodziutki garbacz – jako jedyny w pełni naturalny, ‚zwyczajny’ (muszę koniecznie zobaczyć „świnki”…), choć dla kościukiewicza też szacun (chociaż odnoszę wrażenie, że pod ręką innego reżysera byłby jeszcze lepszy…). uwielbiam minimalizm i fragmentaryczną narrację, ale sali pokićkała się fragmentaryczność z powierzchownością, niestety. miesiąc po „matce teresie…” obejrzałam „siódmy kontynent” i to było uderzenie w splot słoneczny – takie prawdziwe łubudu. sala napewno ten film widział – szkoda, że niczego się od hanekego nie nauczył. trochę subtelności, panie pawle! ale fajnie, że film wzbudza dyskusję :D  Cytuj

  • czarnow pisze:

    Mimo wszystko film jest ok – pamiętajcie, że to debiut. nie wymagajmy arcydzieł, w polskim kinie zdarzają się niezmiernie rzadko .  Cytuj

  • tho pisze:

    Nie zgadzam sie z recenzja autorki. Film w zadnym stopniu nie oddaje realizmu. Wszystkie postacie w nim grajace sa smutne, mowia spokojnym glosem , sa bez emocji ( przeciez to nierealne – brak usmiechu i niemal lez – a gdy sa to z banalnej przyczyny straty 100 zl). Trudno mowic o przyczynach zachowania obu synow, jeden z nich przejawial objawy choroby psychicznej, ktora zakonczyla sie morderstwem. Choroba ta jednak nie byla ,az tak widoczna by ja zglosic na policje lub do lekarza. Stad z filmu nie da rady wysnuc zadnych wnioskow, a skoro tak, okazal sie on nudny. Nadmienie spokojnie prowadzona akcja, klamliwy – nierealne zachowania bohaterow i ostatecznie nie dajacy zadnej odpowiedzi – bo przeciez troche nerwowego chlopaka nie mozna zamknac w szpitalu psychiatrycznym. Slaba gra aktorow, nieciekawe ujecia, miejscami brak logiki pozwalaja wystawic tylko jedna ocene – bardzo slaby. Niepolecam  Cytuj

  • AnnieBee pisze:

    Sala w tym filmie genialnie przedstawil nie tylko proces zapadania na chorobe psychiczna (moim zdaniem schizofrenie), ale przede wszystkim obojetnosc spoleczna na to, co sie dzieje „za zamknietymi drzwiami” i ignorancje glownych bohaterow w kwestii zdrowia psychicznego, ktora doprowadza do smierci jednego z nich.  Cytuj

  • olina pisze:

    Film naprawdę niezły, choć przygnębiający. Swietnie zagrał Banaszewski, który, jako powracający z wojny żołnierz, kompletnie nie potrafi odnaleźć się w zwyczajnym świecie. Usuwa się na bok. Ginie matka, nie on. a przecież widać nienawiść starszego syna do ojca. Podoba mi się też zabieg retrospekcji. Jak w „Granicy” Nałkowskiej.  Cytuj

  • spiderchannel pisze:

    film byl rewelacja!  Cytuj

  • pandorka pisze:

    Film dobry, chociaż smutny. To co mnie zirytowało to bierność obojga rodziców wobec sytuacji, która przecież coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Ciekawie zbudowany, daje do myślenia, chociaż momentami budzi jakiś niesmak. Świetna gra aktorów.  Cytuj

  • lola pisze:

    W calym filmie, jak dla mnie, najbardziej intrygujaca jest matka, ktora jest tak Dobra, ze wszystkich frustruje, przy niej mozna czuc sie zlym, gorszym, nieludzkim (ciemna strona dobra), ona kocha, ale jej milosc wydaje sie byc bez sensu…aktorka jest idealna…  Cytuj

  • cziczio pisze:

    Hmm, jak dla mnie matka była nie tyle dobra, ile zdecydowanie dziwna – ta kobieta nie reagowała racjonalnie, nie radziła sobie z życiem, z sytuacją, ze sobą samą. Dziwne były także jej relacje z synami – zdawkowe rozmowy, zero autorytetu, można powiedzieć, że tak w ogóle, to ona ich nie znała. Nakreślenie postaci Teresy sugerowało wręcz także w jej przypadku jakieś zaburzenia psychiczne – ona przecież żyła zamknięta w swoim własnym świecie, w swej szklanej kuli, nie potrafiła zbudować z synami normalnych relacji. Owszem, postać niepokojąca i intrygująca, a Skibińska zagrała ją bardzo dobrze…  Cytuj

  • Jola pisze:

    „dziwne relacje z synami…”no mnie się wydaje, ze ona się po prostu bała starszego syna, a młodszy był też pod jego wpływem, więc nie można się jej dziwić. Starszy syn stosował na rodziie przemoc psychiczną i tyle. Co miała zrobić? Przylać mu?  Cytuj

  • slonce pisze:

    widziałam film wczoraj jestem pod wrażeniem. Dla mnie Artur jest po prostu chory psychicznie. Matka powinna to zauważyć i go leczyć zanim wciągnął pod swój wpływ młodszego brata. Uważam,że to on rządzi tą rodziną wykorzystując słabość emocjonalną rodziców. Ostrzeżenia co do jego zachowania przychodzą od kuzynki i nauczycielki. Przykre że konsekwencje poniósł młodszy brat i zginęła niewinna kobieta. Forma filmu to dla mnie rewelacja.  Cytuj

  • Basia pisze:

    Film bardzo poruszający. Film pokazuje lęk przed bliskością, otwartością i nieumiejętność kontaktu. Tak bywa. Takie rodziny są.  Cytuj

  • visenna pisze:

    dla mnie to też studium rozwoju schizofrenii… pewnie dlatego te wątki są tak poszatkowane…
    bardzo mi się podobał  Cytuj

  • angel pisze:

    Obejrzałam nie od początku dziś w nocy … ale zainteresował mnie na tyle ze od razu szukam omówień . Wiem ze wiele straciłam bo ten film wymaga obejrzenia każdej sceny a juz na pewno początku. Ale mimo że przez cały czas do końca nie wiedziałam o zamordowaniu matki ten film mnie wciągnął i chce go obejrzec w całości.
    Musze przyznać że w całych retrospekcjach czuło sie dziwne relacje (wlasnie nie z ojcem bo te były dla mnie raczej czytelne) starszego syna z matką.
    Nie zawsze lubie ten typ narracji ale tutaj wypadł niezwykle ciekawie. No i bardzo dobra gra aktorów tak jak napisane w recenzji a szczególnie Ewy Skibniewskiej  Cytuj

  • angel pisze:

    *przepraszam oczywiście Ewy Skibińskiej  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Matka Teresa od kotów
Oryginalny tytuł: Matka Teresa od kotów
Kraj: Polska
Rok:
Czas trwania: 95 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Teresa
Hubert
Artur
Marcin
Ewa
Jacek
Jadzia
Krystyna