Małe dzieci (Little Children) – Dorosłe dzieci

Kategoria: Analizy

Nie od dziś wiadomo, że na amerykańskich przedmieściach zdarzają się rzeczy, o jakich nie śniło się największym filozofom. Bywają siedliskiem różnorakich psychopatów i pedofilów, nie wspominając już o niezliczonych wariantach dewiacji seksualnych. To tu Jeffrey Beaumont pewnego dnia znalazł w wilgotnej trawie ludzkie ucho, a Bill Maplewood, nobliwy psychiatra, wykorzystywał szkolnych kolegów syna. Eleganckie, schludne, tchnące spokojem domki stojące w równych rzędach kryją w sobie rozmaite brzydkie sekrety, mniejsze i większe. Przykładni obywatele i wzorcowi sąsiedzi posiadają dwie twarze i prowadzą dwa życia.

Little Children

Można to pokazać na różne sposoby – w konwencji drastycznego thrillera pełnego krwawych efektów (jak w „Blue Velvet”), akcentując w ten sposób przerażający wymiar zjawiska albo też całkowicie odmiennie – eksponując groteskowy, tragikomiczny jego odcień, wydobywając ludzką, pełną słabości, czasami absurdalnie śmieszną prawdziwą twarz błyszczącej maski ideału upper middle class (jak w „American Beauty”, do którego to filmu dzieło Todda Fielda zdradza wyraźne podobieństwa, tyle że jest lepsze).

„Małe dzieci” to właśnie ten drugi przypadek. Wszyscy jesteśmy małymi dziećmi błądzącymi we mgle życia – zdają się mówić twórcy filmu. Rozpaczliwie pragnąc bliskości emocjonalnej, poszukując szczęścia i spełnienia wikłamy się w coraz to nowe schematy i formy, a jednostajną i nudną egzystencję rekompensujemy sobie snami i fantazjami, niekiedy tandetnymi i banalnymi lecz jakże ludzkimi, jakże zrozumiałymi w naszej sytuacji, w naszych złotych klatkach, w naszych przytulnych, zacisznych kuchenkach, w których jesteśmy sami ze swymi myślami, w naszych designerskich małżeńskich sypialniach, w których zamiast miłosnego żaru namiętności powoli acz nieubłaganie zaczyna królować złudzenie i rutyna, niczym niszcząca rdza przeżerając kruche podwaliny naszego małego, mieszczańskiego szczęścia.

Little Children

Sarah Pierce nie wystarcza rola żony, nie zadowala jej rola matki. Jak jej duchowa patronka, pani Bovary, która gdzieś, kiedyś, na francuskiej prowincji odtrącała małą Bertę burząc stereotyp, że macierzyństwo jest najwspanialszym powołaniem kobiety, niejako obowiązkowo i automatycznie zapewniając pełnię szczęścia, tak ona nudzi się dziś z Lucy, nie potrafi odnaleźć własnego miejsca w zamkniętym kręgu dziecinnego pokoju, codziennych spacerów, kupek, zupek, słodkich przekąsek i wciąż tego samego placu zabaw.

Łatwo jest potępić tę postać burzącą powszechne wyobrażenia na temat macierzyństwa, zresztą robi to nawet sama odtwórczyni roli młodej matki, Kate Winslet, w jednym z wywiadów przyznając, iż niełatwo jest wcielić się w rolę osoby, której postępowania się nie rozumie, ani nie szanuje. W rozlicznych recenzjach i artykułach nader często przyczepia się Sarze – dość niesłusznie – łatkę feministki (nawet, o, zgrozo! biseksualnej, czego w filmie nie uświadczysz, ale podobno taka jest w literackim pierwowzorze, książce Toma Perrotty, współautora scenariusza), czy też wyrodnej matki olewającej własne dziecko. Takie uproszczone interpretacje bardzo spłycają tę złożoną postać, którą, nawiasem mówiąc, Winslet idealnie uwiarygodniła, choć – jak się zarzeka – nie rozumiała jej motywacji.

Little Children

Tymczasem Sarah to współczesna pani Bovary, która – dokładnie tak jak jej francuska poprzedniczka – dusi się w drobnomieszczańskim, prowincjonalnym światku gospodyń domowych, perfekcyjnych housewives, żon ze Stepford, których horyzonty umysłowe ograniczają się do spełniania potrzeb dzieci i mężów i rannego wywieszania na drzwiach harmonogramu idealnie zaplanowanych zajęć, a receptą na szczęście małżeńskie jest dla nich cotygodniowy seks regularnie we wtorki, obowiązkowo o godzinie 21:00.

Wtłoczona w formę matki, codziennie poddawana na placu zabaw ostrzałowi karcących spojrzeń mamuś perfekcjonistek, Sarah dusi się także w roli żony. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego – jej mąż Richard to groteskowo przerysowany amator internetowej pornografii, owładnięty obsesją na punkcie Świnki Kitty, jednowymiarowa, karykaturalna wręcz postać (jedyna chyba zresztą naszkicowana tak grubą kreską). Trudno sobie wyobrazić, że tę parę kiedykolwiek coś łączyło – teraz porozumiewają się półsłówkami, w ich wzajemnej relacji nie ma mowy o żadnej miłości, przyjaźni, czy partnerstwie.

Wzorem pani Bovary Sarah ucieka w miłość, gwałtowny poryw namiętności, która daje jej chwilowe wyzwolenie, pozwala poczuć, że naprawdę żyje. Wcale nie na oślep, wcale nie od razu, wcale nie bezrefleksyjnie – jest kobietą inteligentną, ma skrupuły, widzi niewłaściwość swojego postępowania. Jednak – jak dzieci – nie zawsze robimy to, co właściwe, rozsądne i jedynie słuszne. Nie zawsze też dorastamy do pewnych spraw, pewnych ról…

Little Children

„Małe dzieci” – czyli osoby niedojrzałe, nieradzące sobie z obowiązkami, jakie w nadmiarze nakłada na nie życie. I w tym coś jest, i ten wątek pojawia się w filmie, choć skupienie się wyłącznie na nim byłoby kolejnym uproszczeniem. W takim ujęciu finalna ewolucja Sarah (choć skądinąd jest jak najbardziej właściwa, słuszna i moralna) w pewien sposób spłyca tę postać, biorąc jej wcześniejsze rozterki i dylematy w pewien protekcjonalny nawias i sprowadzając je do banalnej w gruncie rzeczy konstatacji, że do pewnych spraw trzeba zwyczajnie dorosnąć.

Może zresztą jest tak, że bovaryzm Sarah to po prostu idealne ucieleśnienie jej niedojrzałości, może powinna zacisnąć zęby, odpuścić sobie własne spełnienie emocjonalne i wszelkie swe uczucia i pragnienia przelać na dziecko. Może… Ale tak postąpiłaby osoba o ogromnej sile woli, żelaznych zasadach moralnych, przepełniona miłością i ofiarnym poświeceniem. Ktoś idealny, a Sarah jest ludzka aż do bólu jak zresztą wszyscy w tym filmie, także pedofil Ronnie McGorvey, który staje się idealnym kozłem ofiarnym, ucieleśnieniem wszelkich lęków egzystencjalnych, niepokojów i niespełnień mieszkańców miasteczka, jest katalizatorem wydobywającym na światło dzienne ich hipokryzję, zakłamanie, ksenofobię, drobnomieszczaństwo i brak tolerancji.

Sąsiedzi są źli, więc może to pedofil jest dobry (no, może nie dobry, ale w pewien sposób usprawiedliwiany)? Może za jeden zły uczynek, niezbyt drastyczny zresztą, nie można przekreślać człowieka, który w dodatku odpokutował już swoje w więzieniu? Może zrozumiał swoje błędy i zmienił się, a ci hipokryci, ogarnięci śmiesznym, obsesyjnym lękiem nie pozwalają mu nawet w upalny dzień ochłodzić się w basenie (doskonała scena), gdzie na oczach wszystkich, nawet gdyby chciał, nie skrzywdziłby przecież żadnego dziecka…

Little Children

Reżyser umiejętnie manipuluje odczuciami widza, przemyślnie konstruując postać Ronalda. Uczłowiecza dewianta – to brzydki, niepozorny, cichy, nieśmiały, zagubiony mężczyzna, w którym matka staruszka wciąż widzi swojego chłopca (a więc kolejne „małe dziecko”) – ale wcale go nie usprawiedliwia. Kiedy już zaczynamy myśleć, że może sąsiedzi się pomylili, niesłusznie prześladując tego przegranego, nieszczęśliwego człowieka, nagle bez żadnego ostrzeżenia następuje przejmująca, drastyczna psychologicznie scena w samochodzie. Tak, Ronnie jest dewiantem, ale nic na to nie może poradzić, po prostu taki się urodził, zboczenie zostało wpisane w jego naturę i pozostaje wobec niego bezsilny. A przecież też jest człowiekiem (i nie chodzi w tym momencie o żadne ckliwe i łatwe usprawiedliwianie, ani o potępianie)…

Dorosłe „małe dzieci” lubią opuszczać trudną i nudną rzeczywistość i – jak prawdziwi malcy – chętnie dryfują w nierealne rejony fantazji. Czasem robią to z nudów, niespełnienia i samotności, czasem dlatego, że tak po prostu jest łatwiej, można w ten sposób uniknąć konfrontacji z bolesną, gorzką prawdą o własnym życiu. W tandetnym, infantylnym świecie gospodyń domowych, żywcem utkanym z lukrowanych, różowych marzeń licealistek, główną rolę odgrywa Król Balu, jedyny na placu zabaw ojciec, Brad – mężczyzna przystojny i pełen młodzieńczego wdzięku, kolejne „małe dziecko”.

Little Children

To nieudacznik, dwukrotnie oblał egzaminy adwokackie, nie ma zresztą sprecyzowanego pomysłu na życie, wcale nie wie, czy prawo to coś, co w istocie chciałby robić. Pełni więc na razie rolę gospodyni domowej, sprząta, gotuje, opiekuje się synkiem, pozostając na utrzymaniu pracującej żony, idealnie pięknej i świetnie zorganizowanej Królowej Balu, dokumentalistki Kathy, której nigdy nie ma w domu. Na pozór wszystko jest w porządku – Brad to wyluzowany, inteligentny, w miarę zadowolony z życia młody człowiek, nie ma w nim nic ze zgorzkniałego, bezrobotnego małżonka.

Jednak także i on podświadomie marzy o wolności, odczuwa bovaryczne tęsknoty za innym, pełniejszym życiem. Nigdy nie dochodzi do czytelni, gdzie ma uczyć się do egzaminu, zamiast tego godzinami wysiaduje na ławce podziwiając ekwilibrystyczne figury fruwających w powietrzu deskorolkowców, idealnie wolnych, idealnie nieskrępowanych. Banalny symbol? Bo takie jest też życie i tęsknoty Brada, groteskowo i tragikomicznie miotającego się pomiędzy rolą męża i ojca pod czujnym okiem teściowej a rolą twardego faceta potwierdzającego swoją męskość – jakżeby inaczej – na futbolowym boisku. Pot, testosteron, adrenalina, ryk, atawizm. Field gromadzi kolejne stereotypy, aż się przypomina Gombrowicz i jego Nie ma ucieczki przed Formą jak tylko w inną Formę.

Little Children

Jednakże podczas gdy bohaterowie mistrza groteski są figurami czysto umownymi, bo też nie o psychologiczne prawdopodobieństwo tam chodzi, tutaj problem obciążeń wynikający z pełnienia społecznych ról wpisuje się w motyw uwikłania człowieka, jego bezradnego zagubienia pomiędzy własnymi marzeniami i pragnieniami (które w dodatku często pozostają niesprecyzowane), a oczekiwaniami innych (bliskich i społeczeństwa), rzeczywistością, a wyobrażeniem.

Sarah i Brad budują sobie własny, całkowicie osobny świat namiętnej miłości. Ich postępowanie jest niedojrzale, infantylne, w poszukiwaniu sensu życia błądzą jak dzieci we mgle. Na oślep, po omacku gonią za wolnością, spełnieniem, radością. Jak ludzie… W świecie wyobrażeń żyje też May. Dla niej potwór Ronnie jest wciąż małym chłopcem, któremu tworzy zaciszny azyl wśród zegarów i porcelanowych figurek, w ciepłym słońcu wyrozumiałej, bezwarunkowej matczynej miłości. Również Larry Hedges ucieka przed prawdą, pewnym nieodwracalnym błędem, który popełnił i który zniszczył jego uporządkowane życie. Swoje frustracje zamienia w obsesyjną nienawiść do Ronalda. Przed wyrzutami sumienia i ciężarem bezrobocia chroni się w bezpieczny, prosty świat męskich wartości – drużyna, gra, bar, piwo, twarda przyjaźń, a przynajmniej jej wyobrażenie. Pozbawiony tego wszystkiego, zawiedziony, traci swoją kruchą równowagę psychiczną, załamuje się…

Little Children

Todd Field uważnie przygląda się swoim bohaterom, jednak nie patrzy na nich jak na mikroby pod mikroskopem (tak jak to robi chociażby Solondz, do którego „Palindromów” też można odnaleźć pewne analogie, choć to całkowicie inna stylistyka). Widzi w nich przede wszystkim ludzi, dorosłe dzieci zagubione w życiu, uwikłane w rozmaite role, układy, zadania, na oślep szukające szczęścia i spełnienia, czasami infantylne, niedojrzałe, błądzące, słabe, śmieszne i tragicznie wzniosłe zarazem. Kolejne klocki perfekcyjnej filmowej konstrukcji składają się na jakże prawdziwy, śmieszno-straszny obraz ludzkiej egzystencji, bezładnej szamotaniny w teatrze życia. Jest tu miejsce i na ironiczny dystans i na współczucie, wszystko idealnie wyważone. Nikogo nie możemy potępić, rozumiemy wszystkich – dawno nie było w kinie tak humanistycznego ujęcia niedoskonałego ludzkiego losu…

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Małe dzieci
Oryginalny tytuł: Little Children
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 147 minut
Reżyseria:
Scenariusz:

Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Sarah Pierce
Brad Adamson
Kathy Adamson
Ronnie J. McGorvey
Richard Pierce
Lucy Pierce
Aaron Adamson
May McGorvey
Larry Hedges
Jean